Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-05-2014, 18:28   #1
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
[PFRPG, FR] Cienie Neverwinter [18+]



Akt I: Klejnot Północy


Muzyka

Zamek Never, Neverwinter
5 Mirtul, 1469 DR
Zmierzch

Snop bladego światła na końcu wydawałoby się nieskończenie długiego tunelu nie był zwiastunem upragnionego raju, lecz wrotami do piekła, które oczekiwało przybycia przerażonej dziewczyny prowadzonej korytarzem przez dwóch strażników więziennych.
Już dawno to wszystko przestało mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie, ale teraz czuła się obco nawet we własnym ciele, kiedy każdy krok przybliżał ją do haniebnego końca. Z każdą dłużącą się w nieskończoność minutą serce biło coraz szybciej, a dłonie drżały nie tyle z zimna, co z emocji. Ciepłe łzy cicho poczęły spływać po jej gładkim licu kiedy wrzawa na zewnątrz fortecy narastała z każdym pokonanym krokiem.
Trzymana pod ręce przez uzbrojonych mężczyzn odwróciła głowę na bok rażona przez snop wpadającego do tunelu światła zachodzącego słońca, by zaraz poczuć na skórze żar dziesiątek płonących pochodni. Młoda hrabina wkroczyła na środek wielkiego placu miejskiego, w centrum którego znajdowała się drewniana platforma z gilotyną i katem stojącym u boku.
Brutalnie pchnięta do przodu przez jej oprawców upadła na twarde deski potykając się o krępujące jej ruchy żelazne kajdany. Zebrany wokół niej motłoch głośno rechotał, skandował obelżywe słowa i pluł na jej podartą suknię będącą jedynym wspomnieniem jej dostatniego życia. Plebs bowiem zawsze żył w cieniu szlachty, którą otwarcie podziwiał i zarazem skrycie nienawidził.

Arystokratka siłą została uniesiona w powietrze i postawiona na równe nogi, by chwilę później zaliczyć prawy sierpowy prosto w podbrzusze od zakończonej ćwiekami rękawicy wartownika. Poczuła ogromny wybuch bólu i towarzyszący mu syk powietrza uciekającego z płuc. Upadła na kolana plując krwią na twarde dechy pod sobą, by zaraz zostać podniesiona raz jeszcze.
- Nie, proszę! - wymamrotała z twarzą wykrzywioną potwornym grymasem bólu.
Cios nie nadszedł. Chwiejąc się na nogach spojrzała przed siebie na najmłodszego z synów zaprzyjaźnionego z jej rodziną rodu szlacheckiego wchodzącego na platformę z gilotyną. Był panicznie przerażony; trząsł się jakby dopiero co wyszedł z lodowatej kąpieli i podobnie jak ona nosił ślady brutalnego pobicia.
Z bruzdami i ociekającymi krwią siniakami na twarzy położył posłusznie głowę na ramieniu gilotyny przed zamaskowanym katem, który niepokojąco wygodnie opierał się o dźwignię obsługującą mechanizm zwalniający ostrze. Herold stojący na samym brzegu platformy zaczął odczytywać listę rzekomych przewinień skazańca.
- Braenie De`Mortis, skazano Cię na śmierć w majestacie panującego w Neverwinter prawa za… - rozwinął długi pergamin, po czym kontynuował donośnym oficjalnym głosem, który echem odbijał się po placu - podżeganie ludzi do zbrojnej rebelii przeciwko prawowitemu władcy miasta, za liczne morderstwa i finansowe oszustwa… - wyliczał tak przez jeszcze długi czas, robiąc pauzę przy każdym punkcie, by nie zostać zagłuszonym przez tłum wtórujących mu głośnym buczeniem mieszkańców miasta.

Hrabina nie miała wątpliwości, że wszystko to zostało sprytnie ukartowane, albowiem żadne z tych oskarżeń nie miało pokrycia w prawdzie, a już na pewno nie mieli na to żadnych dowodów. Owszem, byli w politycznej opozycji Lorda Dagulta Neverembera, ale nie podżegali nikogo do zbrojnej rebelii przeciwko niemu, nie wspominając już o morderstwach i finansowych przewinieniach.
Po zakończeniu swej przemowy herold odsunął się od gilotyny dając katowi skinięciem głowy znak do czynienia honorów. Mężczyzna skryty pod czarnym jak popiół kapturem podszedł do leżącego szyją na ramieniu gilotyny Braena i zacisnął dyby unieruchamiając go w pozycji, która umożliwiała gładkie, niemalże bezbolesne ścięcie głowy, po czym wrócił się do dźwigni zaciskając dłoń na jej okrytej cienkim sznurem rękojeści.
Wrzawa podniosła się, pochodnie i szable uniosły się w powietrze, a tłum skandował obelżywe hasło “Zabić psubrata!” machając to w przód, to w tył gniewnie zaciśniętymi pięściami. Wprawna ręka kata pociągnęła za dźwignię, a ważące ponad czterdzieści kilogramów ostrze opadło ze świstem w dół.

Młoda hrabina odwróciła głowę nie chcąc być światkiem tej brutalnej rzezi, lecz głośny ryk zdziczałej radości, który echem przetoczył się po całym mieście tylko potwierdził, że życie jej dawnego przyjaciela zostało właśnie okrutnie zakończone.
- Proszę, nie… puśćcie mnie! - Krzyczała zapierając się nogami. Nie chciała zginąć w ten haniebny sposób. Nie przed oczami dziesiątek łaknących jej krwi obywateli miasta, którzy na widok śmierci szlachetnie urodzonego człowieka jeszcze bardziej pogrążyli się w ekstazie.
Wszelki opór był jednak nieskuteczny; pchnięta z całej siły wylądowała na schodach prowadzących na platformę. Jeden z okrutnych wartowników stanął tuż nad nią chwytając ją za kołnierz sukni, a następnie podciągnął jej twarz bliżej siebie z zamiarem wyrządzenia jej krzywdy. Tłum zebranych wokół ludzi rechotał głośno zachęcając w obelżywy sposób mężczyznę do ukarania przerażonej dziewczyny. Okryta ćwiekami skórzana rękawica wzniosła się w powietrze, lecz cios strażnika powstrzymał nagle stanowczy głos herolda.
- Dość! - wykrzyknął ponad tłum tonem nieznoszącym sprzeciwu - Doprowadzić ją przed gilotynę, teraz! Ja wymierzam w tym mieście sprawiedliwość. - W ostatnim zdaniu powoli wyakcentował każde pojedyncze słowo dając do zrozumienia lubującemu się w torturach mężczyźnie, że niesubordynacja może przysporzyć mu o wiele gorszy los, niż trzymanej przez niego kobiecie. Strażnik rozluźnił dłoń, pomógł wstać hrabinie i głosem przywodzącym na myśl warczenie buldoga oznajmił jej, żeby ruszyła przed siebie bez wykonywania zbędnych sztuczek. Dziewczyna już nie stawiała żadnego oporu. Chciała już to zakończyć, chciała zginąć bez bycia oddartą z resztek godności...

Świat wokół przestał mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie kiedy odebrano jej pociechy. Jej mąż okazał się być zwykłym tchórzem; z podkulonym ogonem uciekł z miasta zostawiając ją samą z dziećmi na pastwę wściekłego tłumu. Jej kilkuletnie córki zostały siłą wyrwane z ramion i rozdzielone między obcych jej ludzi, zaś ona sama została brutalnie zgwałcona za rzekome złe występki jej męża. Elise, Lorei, Alane… modliła się by dziewczęta trafiły w dobre ręce, ale znając paskudne oblicze życia w odbudowanym po kataklizmie Neverwinter przypuszczała, że zostały już dawno sprzedane do burdelu za garść złotych monet. Odrzuciła tą myśl równie szybko jak się pojawiła; chciała umrzeć myśląc już tylko o pozytywnych rzeczach.

- Nesmerino del Hasera… - głos herolda wyrwał ją z zamyślenia. Dopiero teraz zauważyła, że została zakuta w ramiona gilotyny przez kata stojącego za jej plecami. Niewiele już ją to obchodziło. Prawdę powiedziawszy wolała aby jej życie zostało zakończone w ciszy, lecz niestety nie dano jej tego luksusu - skazano ciebie za współudział w intrygach twego męża. Jesteście odpowiedzialni za chaos i serie brutalnych morderstw, które wstrząsnęły świeckim miastem Neverwinter. Teraz u kresu waszej nędznej rebelii, chciałbym zadać ci pewne wyjątkowo istotne pytanie; czy masz coś do powiedzenia tym oto poszkodowanym przez wybryki twojego męża ludziom?
Herold świetnie operował słowem. Hrabina wiedziała doskonale, że po takim sformułowaniu pytania błaganie o litość lub wszelkie próby oczyszczenia swojego imienia były z góry skazane na porażkę. Lord Dagult Neverember doskonale wiedział jak dobierać odpowiednich ludzi.
- Idźcie wszyscy do piekła - rzuciła pozbawionym emocji tonem w stronę zebranych pod gilotyną ludzi, którzy aż poczerwienieli ze złości wykrzykując epitety przy których “sprzedajna kurwa” brzmiało bardzo niewinnie.

Herold z uśmiechem triumfu na twarzy cofnął się od gilotyny dając katowi skinięciem głowy sygnał do rozpoczęcia egzekucji. Zakapturzony oprawca nie śpieszył się jednak z wykonaniem wyroku. Stanął na skraju platformy i niczym bard na scenie wznosił energicznie dłonie w górę podjudzając szaleństwo przed nim zgromadzonego tłumu. “Zabić! ZABIĆ!! ZABIĆ!!!” słowa te eskalowały się z każdą wzniesioną w górę pięścią, z każdą wyciągniętą pochodnią i z każdą upływającą sekundą. Nesmerina przyglądała się stłoczonym ludziom już nie ze strachem, ale z politowaniem. Wszyscy byli ofiarą propagandy upadającego rządu Neverembera, który teraz wykorzystywał motłoch do wyeliminowania wszystkich rodzin zagrażających statusowi quo.

W zebranym pod gilotyną tłumie mieszczan hrabina dostrzegła znajomą twarz. Stała tam niegdyś jej najbardziej zaufana służka, którą teraz przyozdabiały drogie kreacje sprowadzone z samego Waterdeep, a które musiała wyciągnąć z jej szafy. To ona poprowadziła buntowników wprost do ukrytego pod zapadnią w biblioteczce pokoju, a teraz tkwiła tam, wśród tych bestii, z pogardliwym uśmiechem na twarzy. Nesmerina traktowała ją niczym własną córkę, a ona tak okrutnie się za to odpłaciła. Nie mogła dłużej znieść jej spojrzenia; spuściła głowę w dół i na ziemię spłynęły pierwsze łzy.
Kat zacisnął drżące z podniecenia dłonie na mechanizmie aktywującym gilotynę. Spojrzał porozumiewawczo na herolda, który raz jeszcze z uśmiechem triumfu na twarzy skinął mu w odpowiedzi głową. Wyraźnie zadowolony z siebie oprawca pociągnął stanowczo za dźwignię, ku uciesze opływającego w ekstazie motłochu. Ostatnią rzeczą jaką dziewczyna usłyszała przed śmiercią był świst opadającego ostrza, a później była już tylko ciemność.




Neverwinter: Opis Miasta

To miasto jest gniazdem piratów i przemytników, domem pijaków i nierządnic, do którego ciągną całe zastępy mętów i szumowin. To dziura niegodna bycia nawet podgrodziem Waterdeep. To także jedyna nadzieja mieszkańców północy.
- Lord Dagult Neverember


Miasto Neverwinter. Niegdyś ruchliwa metropolia, której ulice przemierzały tysiące kupców i podróżnych zwabionych w to miejsce obietnicą wielkich bogactw kryjących się w zaułkach Klejnotu Północy, teraz jest ledwie cieniem swej dawnej chwały. Po śmierci prawowitego władcy Nashera Alagondara miastem wstrząsnęły niepokoje. Liczne frakcje polityczne oraz potężne międzynarodowe organizacje walczyły o dominacje nad największym i najbardziej wpływowym miastem północy. Pozbawione silnej władzy Neverwinter powoli tonęło w odmętach politycznych sprzeczek, które bardzo szybko przerodziły się w prawdziwą wojnę domową. Już wtedy część miasta leżała w ruinie, lecz punktem kulminacyjnym, który przesądził o losie Klejnotu Północy był potężny kataklizm, który wstrząsnął całym rejonem. Ognie z wnętrza ziemi trysnęły na setki metrów w górę rozrywając miasto na dwie części. Z potężnej wyrwy wyłoniły się żywiołaki ognia, demony, a także inne bestie zamieszkujące spowite w ciemnościach tunele Podmroku. Miasto było stracone, i tylko nieliczni zdecydowali się tu zostać, by do samego końca bronić własnego domu.
Trzy dekady później udało się odbudować znaczną część miasta dzięki wzmożonym wysiłkom ocalałych z kataklizmu mieszkańców Neverwinter oraz tysięcy innych osadników ściągniętych w to miejsce przez Dagulta Neverembera - jednego z siedmiu potężnych lordów Waterdeep, którego władza sięgała daleko poza oficjalnie nadane mu ziemie. Dwadzieścia lat po odnowie Neverwinter w miejsce to wróciła arystokracja, a swe siedziby założyły tu liczne potężne rody i organizacje. Szajki przemytników walczą między sobą o utworzenie nowego szlaku przerzutowego nielegalnych towarów, administrację i władzę sądowniczą coraz częściej przeżera korupcja, zaś wśród bogatych mieszczan powoli odradza się ruch oporu przeciwko władzy Lorda Dagulta Neverembera. Historia nieubłaganie zatacza koło.

Enklawa
Głównym punktem odniesienia w mieście jest enklawa Lorda Protektora Neverwinter, która odniosła najmniejsze zniszczenia w trakcie kataklizmu. Ten szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że ów dystrykt stał się celem priorytetowym dla Dagulta Neverembera, który umieścił w enklawie ogromne wojska najemników, którzy poprzysięgli mu swą lojalność. Do dnia dzisiejszego jest to najbezpieczniejszy dystrykt zamieszkany głównie przez najbardziej zamożne rody w mieście, gdzie tłumnie przybywają karawany kupieckie wraz z licznymi egzotycznymi towarami z dalekiego południa. Porządku pilnują tu nie tylko wojska najemne, ale także opłacana bezpośrednio z podatków straż miejska złożona niemalże wyłącznie z doświadczonych żołnierzy mintaryjskiego pochodzenia. Swoją siedzibę ma tu też bardzo rozbudowana sieć agentów Lorda Neverembera, którzy będąc jego uszami i oczami inwigilują bogatych mieszczan, a także przenikają rozmaite stowarzyszenia i gildie w mieście w celu wykrycia spisku oraz przeciwdziałaniu korupcji. Skupienie tych trzech struktur obronnych w jednym dystrykcie sprawia, że bardzo trudno jest tu przejść niezauważonym, a szemrane osoby są niemalże błyskawicznie wyłapywane z tłumów, co tłumaczy niechęć do tego miejsca wśród przedstawicieli półświatka.
Czarnystaw
Kolejnym wartym uwagi miejscem w Neverwinter jest dzielnica Czarnystaw znajdująca się po drugiej stronie rzeki, od której miasto zawdzięcza swą nazwę. Także i ona uniknęła większych zniszczeń podczas kataklizmu, ale nie było to dziełem przypadku (jak to miało miejsce z Enklawą), lecz pracowitych rąk jej mieszkańców. W dawnych czasach zmieszkana była głównie przez bogate rodziny, których wielkie rezydencje w znacznej większości oparły się trzęsieniom ziemi jakie nawiedziły Neverwinter w ostatnich latach. Czarnystaw po dzień dzisiejszy usłany jest wielkimi gmachami, które teraz zamieszkane są głównie przez średnio zamożnych mieszczan oraz różne szemrane organizacje. Znaleźć tu można wielki park, w centrum którego znajduje się przykryty wulkanicznym popiołem staw. To właśnie od niego dzielnica bierze swą nazwę.
Po zdobyciu Enklawy Lord Protektor obrał za swój cel Czarnystaw zamieszkany wtedy głównie przez wyjętych spod prawa mieszkańców. Wysłał w tym celu kilka kompanii najemnych z zadaniem przejęcia nad nim kontroli, lecz ich wysiłki okazały się bezowocne. Co prawda udało im się przegonić z miasta największe szumowiny, ale zbrojnej okupacji przeciwstawiły się liczne w tej dzielnicy tajne stowarzyszenia, które za swe siedziby obrały potężne gmachy dawnej arystokracji Neverwinter.
Chcąc uniknąć kolejnej wojny domowej Dagult Neverember wycofał wszystkie wojska z tego rejonu z wyjątkiem jednej kompanii najemnej, która ma swój posterunek tuż naprzeciw świątyni Torma.


Rzeczny Kwartał
Rzeczny Kwartał bierze swą nazwę od naturalnej bariery, która odgradza go od Wyrwy - rwącej rzeki przecinającej miasto na dwie części. Większość domów jest tu zrujnowana, a w licznych ciemnych zaułkach można łatwo skończyć ze sztyletem w plecach. Niegdyś zamieszkana przez rzesze kupców i rzemieślników, teraz jest domem dla rzezimieszków i nierządnic, a jakby tego było mało to jest tu także dosyć spora populacja orków z plemienia Wielu-Strzał, którzy kontrolują ponad połowę odgrodzonej murem od reszty miasta dzielnicy. To właśnie obecność Vansiego i jego legionu uniemożliwia Dagultowi i jego najemnikom zaprowadzenie porządku w Rzecznym Kwartale. Na razie trwa tu względny pokój między obiema stronami, ale ruch wojsk i gromadzenie zapasów po obu stronach miasta świadczy o tym, że konflikt jest raczej nieunikniony. Wejście do Rzecznego Kwartału jest pilnie strzeżone przez mintaryjską straż, która dokładnie sprawdza wszystkich tych, którzy chcą dostać się do dzielnicy Czarnystaw. Aby móc przedostać się przez bramy wymagany jest glejt wydawany bezpośrednio z ręki samego Lorda Protektora, ale ostatnimi czasy coraz więcej w okolicy pojawia się falsyfikatów.

Wyrwa
Południowo-wschodnia część miasta leży w kompletnej ruinie dosłownie zrównana z ziemią przez potężne trzęsienie ziemi, które nawiedziło Neverwinter blisko dwie dekady po wojnie domowej. W centrum tej jałowej krainy zieje ogromna przepaść sięgająca mrocznych korytarzy Podmroku, a być może nawet głębiej. Z jej wnętrza cały czas bucha ogień wypluwając na ziemię bestie z piekła rodem, które dosyć często o zmroku przeprawiają się przez rzekę i polują na mieszkańców Rzecznego Kwartału kierując się nieokiełznanym głodem ludzkiego mięsa. Podobno na samym dnie kanionu znajduje się jezioro zamieszkane przez tajemnicze stwory z głębin, które poznały moc kontroli umysłu, lecz są to niepotwierdzone plotki rozpowiadane głównie przez najbardziej szemranych mieszkańców Neverwinter. Jedno jest niemal pewne; zbyt długie przebywanie w pobliżu wyrwy prowadzi do dziwnego uczucia niepokoju, gwałtownych zmian nastroju, a nawet paranoi.

~ fragment z ,,Przewodnik po Wybrzeżu Mieczy”
autorstwa Volothampa “Volo” Geddarma


 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019

Ostatnio edytowane przez Warlock : 15-05-2016 o 02:02.
Warlock jest offline  
Stary 09-05-2014, 18:29   #2
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Nel

Rzeczny Kwartał, Neverwinter
5 Tarsakh, 1479 DR
Zmierzch

- Jesteś pewien, że to zadziała? - Spytała Nel z niepokojem w głosie starając się trzymać jak najbliżej chłopca prowadzącego ją wzdłuż cienistej alei. Powoli zbliżała się noc, a na ulicach Neverwinter już teraz było bardzo zimno - szczególnie jak na tą porę roku. Większość mieszkańców Rzecznego Kwartału pochowała się w ciepłych domach wcale nie przed spadkiem temperatury, ale przed złoczyńcami i bestiami grasującymi po zapadnięciu zmroku.
- Dajże spokój, dziewczyno! Łatwa robota, łatwy pieniądz, żaden problem! - Lu był najbardziej brawurowym członkiem ulicznego gangu Wróbli, do którego także należała Nel i jej młodzi przyjaciele. W tej małej szajce nieletnich złodziejaszków nigdy nie było przywódcy, ale Lu z roku na rok robił się coraz bardziej nadęty i coraz częściej aspirował do tego miana. Bardzo irytowało go to, że większość innych dzieci przychodziło ze swymi problemami do Nel zamiast do niego, a sam często się przechwalał mówiąc z pychą o swoich osiągnięciach marginalizując tym samym udział innych dzieci w rozmaitych akcjach. Nel bardzo różniła się od niego; często pomijała swój wkład w działanie gangu, pochwalała czyny innych i pomagała wszystkim nie bacząc na żywione sympatie. Poniekąd była niczym dobra matka dla swych małych przyjaciół; szczególnie, że większość z nich była od niej o kilka lat młodsza i nigdy nie miało kogoś tak bliskiego.
Przez ostatnie kilka tygodni Lu często opuszczał Gniazdo znikając na długi czas, tym samym łudząc się, że w końcu znajdzie jakiś sposób na polepszenie własnej pozycji i podkopanie autorytetu Nel. Jego stałą wymówką była obietnica dostatniego życia - Mówię Ci! Tym razem będzie inaczej, tym razem uda nam się wyrwać stąd! Zamieszkamy w Czarnymstawie, w jakiejś opuszczonej luksusowej rezydencji i będziemy opływać w bogactwach - Lu był także najbardziej optymistycznym członkiem Wróbli. Pełnym rewolucyjnych pomysłów, aczkolwiek bardzo często mijających się z rzeczywistością.
- Tak jak ostatnim razem kiedy kazałeś nam nurkować w miejskich kanałach? - Nel zawsze działała na niego niczym kąpiel w zimnej wodzie. Nienawidził ją za to, szczerze.
- Eee… nie. Tym razem to coś zgoła innego, lepszego - odparł Lu wyglądając zza rogu uliczki na następną przecznicę, by upewnić się, że nie ma tam nikogo nieporządanego. - Załatwiłem wsparcie z zewnątrz.
- Wsparcie z zewnątrz?! - Dziewczyna zatrzymała się unosząc brew. - W coś Ty nas tym razem wpakował?!
- Ech… Nic z tych rzeczy! Zaufaj mi w końcu. Tym razem się nam uda, zobaczysz - w jego oczach błyszczało podniecenie, które zazwyczaj nie wróżyło nic dobrego. - A teraz chodź, bo mamy mało czasu.

Nel już nic więcej nie powiedziała woląc zatrzymać swoje wątpliwości dla siebie. Zbyt wiele razy wpakowali się przez Lu w kłopoty, by mogła mu zaufać, ale z drugiej strony był najstarszym członkiem Wróbli i bardzo starał się poprawić ich byt.
Dwójka młodocianych złodziejaszków chyłkiem przemierzała zrujnowane ulice Neverwinter idąc w stronę małej przystani położonej nad rwącą rzeką wpadającą do Morza Mieczy. Wszędzie dookoła waliły się stare drewniane chaty rybackie niewiele różniące się od szałasów stawianych przez dzikie ludy północy. Panował tu półmrok i przenikliwa cisza, ale nie było to żadną przeszkodą, gdyż wiatr dmący od strony rzeki niósł ze sobą odór rozkładających się ryb.
Lu niespodziewanie przyśpieszył kroku, tak, że Nel musiała niemalże biec za nim. Chciała go chwycić za tą jego durną piracką czapkę, ale powstrzymał ją głęboki męski głos dochodzący zza rogu.
- Mówiłeś kurwa, że znalazłeś sposób na dostarczenie przesyłki, ale jak dotąd tylko sobie jajca odmroziłem czekając na realizację tego Twojego zasranego planu!
Nel stanęła jak wryta łapiąc pędzącego przed siebie Lu za rękaw. Chłopak niemalże stracił równowagę, ale w porę zdążył złapać się za wystającą na zewnątrz okiennicę. - Puść mnie! To są oni! - Lu szarpnął ramieniem wyswobadzając się z uścisku dziewczyny, a następnie ruszył zadowolony przed siebie zatrzymując się na skraju uliczki by wyjrzeć zza róg.


- Jacy oni?! - Syknęła mu do ucha Nel, po czym sama idąc jego śladem wyściubiła nos na zewnątrz. Stało tam dwóch zakapturzonych mężczyzn; jeden wysoki z pochodnią w dłoni pochylał się nad skrawkiem pergaminu rozwiniętego w dłoniach jego towarzysza.
- Cierpliwości, cierpliwości… zaraz powinni być na miejscu, a z ich pomocą załatwimy w końcu Dagulta - uspokajał wielkoluda niższy mężczyzna o głosie przeciągłym i dziwnie syczącym jak u węża.
- Synowie Alagondara - odpowiedział dziewczynie Lu z wyraźnie słyszalną nutką podniecenia w głosie.
Nel słyszała o tej organizacji. Byli to rewolucjoniści dążący do obalenia obecnego ustroju, a najbardziej zależało im na pozbyciu się wpływów Lorda Protektora w Neverwinter. Choć hasła i slogany tych ludzi brzmiały bardzo przekonująco, to Nel zawsze była zdania, że wdawanie się w konszachty z nimi nie wróżyło nic dobrego.
Lu ruszył im na powitanie nim dziewczyna zdążyła zareagować. Przez moment chciała uciec i się gdzieś zaszyć, ale nie potrafiła zostawić przyjaciela samemu sobie. Wbrew własnej woli podążyła jego śladem szukając schronienia za jego plecami.

- Widzisz Blizna? Mówiłem Ci, że się pojawią - powiedział niższy z mężczyzn chowając skrawek pergaminu pod płaszczem. Zbliżył się do chłopaka kładąc mu dłoń na ramieniu i pochylając się nad nim, by móc spojrzeć mu prosto w oczy. - Będzie dokładnie tak jak się umawialiśmy. Ty i ta Twoja ślicznotka dostarczycie paczkę Kurtowi, który będzie was oczekiwał w magazynie rybnym na rzecznej przystani w Czarnymstawie. Przygotowałem dla was małą łódkę i przy odrobinie szczęścia unikniecie czujnego wzroku straży mintaryjskiej. Są jakieś pytanie?
Gadzie rysy twarzy tego człowieka nie tylko pasowały do jego głosu, ale także do lewych interesów, którymi z pewnością musiał się parać. Z jednej z wielu kieszeni swojego płaszcza wyciągnął mały pakunek, który następnie wręczył Lu z przebiegłym uśmiechem na twarzy.
- Co to? - Spytał Lu podejrzliwie przyglądając się owiniętej sznurkiem paczce.
- Twój klucz do lepszego życia, młodzieńcze - odparł mężczyzna szczerząc pożółkłe zęby spod kaptura. - A teraz grzecznie wskakujcie do łódki i pamiętajcie o waszym zadaniu. Kurt jest świetnym przemytnikiem i pomoże wam dostać się do górnej części miasta.
Nel była jak w transie; nie bardzo wiedząc co czyni wsiadła do przycumowanej do pomostu łódki, która była zbyt mała by mógł się tam zmieścić dorosły człowiek. Dopiero, gdy Lu odepchnął ich gwałtownym szarpnięciem wioseł zrozumiała, że jest już za późno. Na jej przyciśniętych do siebie kolanach leżała tajemnicza paczka, którą wręczył im enigmatyczny typ. Strąciła ją szybkim ruchem dłoni prosto pod nogi Lu, jakby była wstrętnym ociężałym pająkiem. Chłopiec zmierzył ją badawczym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Wszystko wskazywało na to, że on sam było pełen wątpliwości.


Lu schował wiosła do łodzi pozwalając, by prąd rzeczny poniósł ich w stronę przystani. Oboje położyli się na twardym drewnianym dnie tuląc się do siebie i w duszy modląc się do wszystkich znanych im bogów by nie zostali wykryci. Mała łódka niewiele większa od otaczających ją pociachanych kłód drzew spłynęła wraz z rzeką ku dzielnicy Czarnystaw. Widok, który ich przywitał był zgoła odmienny od tego znanego im w Rzecznym Kwartale. Miasto oświetlone było tysiącami radośnie tańczących ogników w miejskich latarniach, a ulice rozbrzmiewały głośnym gwarem rozmów i echem błogich zabaw. Dla Nel, która cały swój żywot spędziła stłoczona w najbrudniejszej i najniebezpieczniejszej dzielnicy Neverwinter był to niezapomniany widok. Noce w Rzecznym Kwartale były bardzo ciche, a każdy nieoczekiwany dźwięk mógł wróżyć kłopoty. Tu było zgoła inaczej.
Ulicami, które zostały położone wysoko ponad poziomem rzeki przeciskały się tłumy roześmianych ludzi. Najbardziej podchmielona część z nich kończyła zabawę wracając do domów, ale co bardziej wytrwalsi dopiero zmieniali lokale w poszukiwaniu coraz bardziej wyszukanych rozrywek. Nel wyczuła w powietrzu subtelną pociągającą zmysły woń, którą pamiętała z lat błogiej młodości, a w której zakochała się od razu - zapach perfum. Lu wyglądał na nie mniej zdumionego; ignorując ryzyko wykrycia uniósł wysoko głowę by mieć lepszy widok. - Czyż to nie piękne? - spytał z oczami błyszczącymi od podniecenia. Nel chciała mu odpowiedzieć, ale w porę zauważyła przecinający do połowy rzekę pomost przed nimi. Pociągnęła Lu do siebie wskazując palcem przeszkodę wodną. Chłopiec tylko uśmiechnął się w odpowiedzi dodając - Jesteśmy na miejscu.
Na te słowa serce Nel zabiło szybciej. Czy to możliwe, że po tylu trudach życia w Rzecznym Kwartale w końcu udało im się uciec? Nie potrafiąc w to uwierzyć spoglądała urzeczona to na Lu sterującego łodzią, to na nieuchronnie zbliżający się do nich pomost.
Czarnystaw, Neverwinter
5 Tarsakh, 1479 DR
Zmierzch

Zeszli na suchy ląd prostując się przy akompaniamencie trzeszczących w proteście kości. A jednak znaleźli się na miejscu i poszło im to łatwiej niżby mogli sądzić. Tyle lat głowili się nad tym jak dostać się do Czarnegostawu, a rozwiązanie okazało się tak dziecinne proste. Nel zachichotała cicho na samą myśl.
Dookoła było pełno łodzi przycumowanych do ulokowanych wzdłuż rzeki pomostów i wystających z wody drewnianych bali. W okolicy pomimo wielu straganów, budynków przetwórczych i magazynów nie było ani jednej żywej duszy, co samo w sobie zaskoczyło Nel. Wężowy Człowiek - jak od teraz zamierzała go nazywać - wspominał o magazynie rybnym, i rzeczywiście był tam taki wielki budynek cuchnący rybami na kilometr. Razem z Lu ruszyli w tym kierunku zastanawiając się kim jest ów przemytnik, który oczekiwał ich przybycia i czy w ogóle pomoże im ominąć straże pilnujące wejścia do rzecznego portu.
Lu naparł całym ciałem na mosiężną klamkę powoli odpychając drzwi, które zaskrzypiały w głośnym proteście. Obaj skrzywili się na ten dźwięk. Klnąc cicho pod nosem weszli szybkim krokiem do środka nie starając się już zachować pozornej dyskrecji, którą i tak jasny szlag trafił na samym wejściu.
Znaleźli się w wielkim holu rozmiarami zbliżonym do przeciętnego lotniczego hangaru. Do dziesiątek nisko rozwieszonych belek powbijane zostały żelazne haki, na których zwisały sznury i sieci pełne ryb. Na samym środku pomieszczenia w rzędzie ułożone zostały wielkie dębowe stoły służące do cięcia i selekcji połowów. Przy jednym z nich stał niewysoki mężczyzna z twarzą pokrytą wieloma bliznami i zmarszczkami. Był wyraźnie zdenerwowany; cały drżał ze strachu i rozglądał się panicznie dookoła.
- Pan Kurt? - na dźwięk swojego imienia przemytnik aż podskoczył przerażony. Nel poważnie zastanawiała się jak taki cykor ma ich przeprowadzić przez kontrolę mintaryjskiej straży. Chyba, że… był to podstęp.


Nie czekając za odpowiedzią Lu ruszył z paczką w dłoni w stronę przemytnika, który ze strachem przyglądał się nieuchronnie zbliżającemu się chłopcu. Mężczyzna przełknął głośno ślinę na widok pakunku, który Lu chciał wręczyć mu do ręki.
Kurt stanowczo odmówił przyjęcia przesyłki kręcąc energicznie głową na boki. Przerażony cofnął się o krok niemalże kładąc się na stole. - No weź! - Krzyknął wyraźnie poirytowany Lu, którego też powoli zaczęła ogarniać panika.

Wtem usłyszeli jak drzwi za nimi zatrzaskują się z głośnym hukiem. Do magazynu weszło kilku uzbrojonych mintaryjskich żołnierzy, a za sieciami pełnymi ryb wyskoczył ponad tuzin innych. Nel stanęła jak wryta siląc się na niemy krzyk. Jak to było w ogóle możliwe, że nie usłyszeli w porę tylu uzbrojonych w brzęczące kolczugi rosłych mężczyzn? Odpowiedź na jej pytanie sama wysunęła się z szeregu żołnierzy. Był to czarodziej w sięgających ziemi szkarłatnych szatach, który razem z kapitanem straży szybko zbliżyli się do chłopca. Lu chciał uciekać, ale jego nogi były jak z gumy i same uginały się pod nim ze strachu. Nim zdążył zareagować dostał w twarz okutą ćwiekami rękawicą. Pozbawiony przytomności chłopiec wylądował twardo na ziemi wypuszczając z dłoni pakunek. Kapitan pochylił się nad paczką, po czym wręczył ją z uśmiechem na twarzy czarodziejowi, który po szybkich oględzinach zawartości schował ją pod pazuchę.
Stojący przy drzwiach żołnierze ruszyli w kierunku dziewczyny. Wysoki czarnoskóry mężczyzna chwycił ją za włosy i podniósł wysoko nad ziemię spoglądając w jej oczy z okrutnym uśmiechem na twarzy. Nel pisnęła ze strachu, ale poddać się nie miała zamiaru.
W powietrzu błysnął sztylet, który trafił prosto w oko strażnika. Nie był to cios śmiertelny, ale wystarczający by pozbawić wzroku i zlikwidować pierwsze zagrożenie. Mężczyzna zawył głośno niczym ranny pies wypuszczając z ręki szybkie jak kuna dziewczę.
Dwóch kolejnych strażników rzuciło się z mieczami w dłoni na pomoc swemu towarzyszowi, ale niewiasta wywinęła się zręcznie dźgając sztyletem w przelocie prosto w ścięgno kolanowe najbliższego przeciwnika. Uzbrojony po zęby żołnierz zwalił się na ziemię, niczym ścięty dąb, a jego towarzysz cofnął się nieco do tyłu woląc trzymać krwiożerczą dziewczynę na dystans od siebie.
Między Nel, a drzwiami stał już tylko jeden przeciwnik - zwalisty ogr, któremu jakimś cudem udało się przecisnąć przez wąskie wejście do środka. Wiedząc, że stojąc w miejscu spotka ją prędzej czy później śmierć, ruszyła przed siebie w stronę potężnego oponenta. Ogr zamachnął się okutym żelaznymi kolcami obuchem z zamiarem rozwalenia Nel o pobliską ścianę, ale dziewczyna znów okazała się szybsza. Skacząc niemalże na ślepo przed siebie trafiła między nogi bestii unikając przy tym potężnej maczugi, która z głuchym świstem powietrza przeleciała nad jej głową. Przed dopadnięciem drzwi zdążyła jeszcze oznaczyć sztyletem łydki swojego przeciwnika, który ryknął w proteście.

Przerażona dziewczyna sama nie potrafiła uwierzyć jakim cudem udało jej się wyrwać z otoczonego magazynu. Wszystko wskazywało na to, że w końcu jakieś bóstwo odpowiedziało na jej błagalne modlitwy. Nel obiecała sobie w duchu, że jeśli uda jej się znaleźć schronienie przed strażą mintaryjską to odda daninę na rzecz pierwszej-lepszej świątyni.
Z magazynu wybiegł tuzin wściekłych żołnierzy, lecz Nel pięła się już po stromych schodach w stronę spowitych w głośnym gwarze ulic Neverwinter. Dookoła lądowały wystrzelone z portu poniżej strzały, a o kamienie rozbijały się z głośnym świstem zaklęcia zasypując dziewczynę dziesiątkami odłamków.
Z kilkoma nowymi bruzdami na twarzy wybiegła na zatłoczoną od dziesiątek pijanych ludzi ulicę, ale na jej nieszczęście przechodnie rozsuwali się na widok ścigającej jej straży miejskiej. Jeśli miała zamiar pożyć choćby odrobinę dłużej, to musiała prędko znaleźć jakieś schronienie.

Etsy

Karczma ,,Bezimienny Dom”, Neverwinter
5 Tarsakh, 1479 DR
Zmierzch

W portowej karczmie ,,Bezimienny Dom” panował gwar pijackich rozmów, które echem niosły się po ulicach zachęcając kolejnych strudzonych ciężką pracą mieszkańców Neverwinter do przyjścia i wydania ostatnich złociszy na tutejsze jadło i alkohol.
Etsy nienawidziła tej pory dnia. Cały dzień przygotowywała lokal do przyjęcia podchmielonej klienteli, a teraz zmęczona czyszczeniem i polerowaniem mebli musiała jeszcze biegać z tacami pełnymi rumu i dziczyzny, lawirując między stolikami tylko po to, by zaliczyć kilka kolejnych klapsów i uszczypnięć. Nienawidziła tej roboty całym sercem, ale jak na niewolnice przystało; nie miała innego wyboru. Musiała znieść kolejną noc pełną upokorzeń, kolejną noc bycia obmacywaną i braną na kolana wbrew własnej woli przez zalanych w sztok oprychów. Na całe szczęście zawsze miała pod ręką Jasona i jego kolegów, którzy dbali o porządek w karczmie, i o to by dziewczyny Grega były traktowane z należytym szacunkiem. Pomimo nadzoru zaprawionych w ulicznych bojach ochroniarzy, Etsy obawiała się, że pewnego dnia staremu i żądnemu złota właścicielowi karczmy coś odbije, a ona sama w przeciągu jednej nocy z kelnerki stanie się tanią dziwką usługującą cuchnącym mieszanką rumu i ryb marynarzom.

Tego wieczoru nie było wcale lepiej, a właściwie rzecz ujmując; było nawet gorzej niż zwykle. Do karczmy poza standardowym zastępem mętów i szumowin przybyło kilku najemników z kompanii Złamanej Czaszki, by świętować walne zwycięstwo nad wrogiem w jakiejś zapadłej dzielnicy Neverwinter. Już na samym wejściu były kłopoty, kiedy jeden z wykidajłów prewencyjnie nie chciał ich wpuścić do środka w obawie przed zbliżającą się rozróbą.
Etsy nie widziała dokładnie tego co stało się ze stojącym u drzwi ochroniarzem po tym jak ten nadepnął na odcisk ważącego blisko dwieście kilogramów półorka i towarzyszącemu mu o połowę niższego, aczkolwiek równie szerokiego w barach krasnoluda. Jedno było pewne; wizytę u kapłana facet miał gwarantowaną.
Jason chciał ruszyć mu z pomocą wraz z resztą rosłych bramkarzy, ale Greg powstrzymał ich ręką chcąc uniknąć niepotrzebnej rozróby. Karczmarz wyszedł na zewnątrz, przeprosił najemników i zaprosił ich do środka serwując na swój koszt każdemu po piwie. Olbrzymi wytatuowany półork, który zwał się Grimbak wraz ze swym potężnym krasnoludzkim przyjacielem o srogim imieniu Thubedorf założyli się o dziesięć kolejek piwa, o to, który z nich ma twardszą głowę. Etsy chwilowo wolna od zajęć usiadła na zydlu w kącie karczmy obserwując z zaciekawieniem konkurs picia.

Gospodarz ustawił piwa w rzędzie wzdłuż niskiej lady. Dziesięć stało przed Thubedorfem, dziesięć przed Grimbakiem, których dzielił od siebie szereg wolnych zydli. Najemnicy przyglądali się piwu w sposób, w jaki obserwuje się przeciwnika przed walką zapaśniczą. Grimbak spojrzał na Thubedorfa, a potem ponownie na piwo. Szybkim ruchem znalazł się w pobliżu wybranego celu. Chwycił kufel, podniósł go do ust, odchylił głowę i przełknął. Krasnolud dotarł do lady ułamek sekundy później. Jego kufel ale dosięgnął ust chwilę po Grimbaku. Nastąpiła długa cisza przerywana tylko dźwiękiem gulgotania najemników, po czym półork rąbnął swoim kuflem o stół zanim Thubedorf trzasnął swoim.
Etsy przyjrzała się kuflom zdumiona. Oba naczynia zostały osuszone do ostatniej kropli.
- Pierwszy jest najłatwiejszy - rzekł Thubedrof szczerząc w uśmiechu wybite zęby.
Grimbak wypił kolejny kufel, schwycił następny i powtórzył wyczyn. Krasnolud uczynił to samo. Złapał naczynie, podniósł je do ust, osuszył, a potem opróżnił jeszcze jeden. Tym razem to Thubedorf wypił swoje piwo tuż przed potężnym półorkiem.
Etsy była oszołomiona, szczególnie, gdy pomyślała, ile piwa musieli oni wypić przed przybyciem do karczmy. Patrząc po durnych wyrazach twarzy zgromadzonych wokół szynkwasu ochroniarzy Jasona doszła do wniosku, że nie jest osamotniona w swych przemyśleniach. Wyglądało to tak, jakby najemnicy odprawiali dobrze przećwiczony rytuał.
Siedząca z rękoma skrzyżowanymi na piersi półelfka była ciekawa, czy naprawdę mają zamiar wypić całe to piwo.
- To wstyd, że piję z Tobą, Grimbak. Byle elfie dziewczę wypiłoby trzy w czasie, jaki zabrały ci te dwa - rzekł Thubedorf. Półork rzucił mu spojrzenie pełne niesmaku, sięgnął po następne ale i wychylił je tak szybko, że piwo wylało się z jego ust i spieniło na kruczoczarnej brodzie. Otarł usta wytatuowanym przedramieniem. Tym razem skończył przed Thubedorfem.
- Przynajmniej moje piwo całe trafiło do ust - stwierdził krasnolud kiwając głową, aż zabrzęczał złoty łańcuch w jego nosie.
- Gadasz czy pijesz? - rzucił wyzwanie Grimbak sięgając wielką jak młot dłonią po następny kufel. Piąte, szóste, siódme piwo zostało wypite jedno po drugim. Thubedorf spojrzał na sufit, mlasnął ustami i wydał z siebie przepastne beknięcie. Grimbak zaraz mu zawtórował.
Etsy wymieniła spojrzenia z Jasonem. Umięśniony młody mężczyzna napotkał jej wzrok i tylko wzruszył ramionami samemu nie bardzo wiedząc co powiedzieć. W czasie krótszym niż minuta, Ci dwaj najemnicy wychylili więcej piwa, niż Etsy mogłaby wypić w ciągu całego tygodnia.
Krasnolud zamrugał. Jego oczy wyglądało nieco szklisto, ale była to jedyna oznaka ogromnej ilości alkoholu, jaką właśnie skonsumował. Półork wyglądał niewiele lepiej, ale wchodząc do karczmy był też mniej podchmielony od jego towarzysza.
Thubedorf sięgnął po numer osiem, ale do tego czasu Grimbak był już w połowie numeru dziewięć. Odstawiając kufel powiedział:
- Wygląda na to, że będziesz płacił za piwo.
Thubedorf nie odpowiedział. Chwycił na raz dwa kufle, po jednym w obu dłoniach, odchylił głowę, otworzył przełyk i wlał doń piwo. Nie było dźwięku przełykania. Nie połykał, pozwalając piwu wlewać się prosto do przełyku. Grimbak był pod takim wrażeniem tego wyczynu, że zapomniał podnieść swój ostatni kufel zanim krasnolud nie skończył.
Thubedorf stał na miejscu chwiejąc się lekko. Beknął, czknął i siadł na stołku.
- Dzień, w którym półork przepije krasnoluda, to dzień, w którym zamarznie piekło.
- To będzie dzień po tym, jak zapłacisz za piwo, Thubedorfie Ironhammerze - rzekł Grimbak siadając obok swojego kolegi.
- Cóż, to tyle na początek - mówił dalej. - Czas zatem na poważne picie. Wygląda na to, że Grimbak musi nieco nadgonić.


Znudzona oglądaniem zapijających się na śmierć najemników Etsy postanowiła zaciągnąć trochę świeżego powietrza. Na zewnątrz karczmy panował relatywny spokój, a powietrze było orzeźwiająco chłodne w kontraście do zaduchu panującego wewnątrz lokalu. Półelfka odsunęła się od lepiącej się pod nogami kałuży krwi jednego z ochroniarzy. Po nim śladu nie było, więc zapewne znajdował się już pod opieką kapłanów.
Paskudna robota, pomyślała ponuro Etsy zaglądając przez chwilę do środka karczmy. Krasnolud i zwalisty półork dalej chlali na zabój, ale dla bezpieczeństwa postanowili zamienić zydle i szynkwas na krzesła z oparciem i twardy dębowy stolik. Zachichotała cicho widząc ponure spojrzenia jakie od czasu do czasu puszczali im ochroniarze Jasona. Bardzo chcieli spuścić im łomot za to co zrobili ich koledze, ale tamci byli jeszcze zbyt trzeźwi, a Greg zbyt uradowany nagłym zastrzykiem gotówki.
Etsy naciągnęła na głowę kaptur swego sięgającego ziemi płaszcza, wyciągnęła z jednej z jego licznych kieszeni ręcznie struganą fajkę elfiej roboty, po czym zaciągnęła się mocno z westchnieniem ulgi. Brakowało jej tego przez cały dzień - swojego ukochanego nałogu i chwili wytchnienia od codziennej rutyny.

Na ulicach Neverwinter panował relatywny spokój. Raz na jakiś czas przechodził tędy jakiś mocno podchmielony marynarz idąc slalomem w sobie tylko znanym kierunku i mamrocząc coś do siebie pod nosem. Dziewczynie to odpowiadało, ale powoli zaczęła już wyczekiwać wołania zgrzybiałego Grega.
Wtem wydarzyło się coś bardzo niespodziewanego. Najpierw usłyszała głośne krzyki mężczyzn wcale niebrzmiące jak pijany bełkot, a później tupot tuzina stóp i brzęczenie kolczugi. Z pochyłej ulicy prowadzącej w stronę portu wypadło młode dziewczę, obok której biegł sobie mały piesek szczekając radośnie. Dziewczynce nie było jednak na tyle wesoło, co jej czworonożnemu towarzyszowi, który chyba potraktował ten szaleńczy bieg jako zabawę. Za nimi szybko zbliżał się cały tuzin strażników mintaryjskich, którzy wyczerpani szaloną gonitwą między straganami byli teraz porządnie wkurzeni.
Dziewczynka zatrzymała się na skrzyżowaniu ulic nie bardzo wiedząc którędy uciec. Jej dzikie spojrzenie napotkało Etsy, która szybko zrozumiała dokąd dziecko zaraz pobiegnie.


Przerażone dziewczę rzuciło się w jej stronę, zręcznie ominęło ją i z impetem wpadło do karczmy ginąc w tłumie pijanej klienteli. Etsy schowała fajkę za pazuchę i szybko wsunęła się do środka, a tuż za nią stanął w drzwiach tłum rozwścieczonych żołnierzy. Nagle gwar rozmów ucichł, a wszystkie głowy podchmielonych klientów odwróciły się w stronę nieproszonych gości. Półelfka dostrzegła za ścianą pijanych marynarzy małą dziewczynkę i jej pieska. Oboje kulili się pod okrągłym stolikiem.
- Czy Ty kurwa widzisz to samo co ja?! - Wydarł się Thubedorf ocierając wytatuowaną łapą ociekającą piwem brodę. - Chędożone mintaryjskie psy, które zabierają nam pracę postanowiły w pełnym rynsztunku pokazać się w karczmie - splunął na ziemię prężąc swe potężne muskuły. Obok niego pojawił się zwalisty Grimbak z dwuręcznym toporem w łapie, którego trzymał tak jakby był ledwie nożem kuchennym. Gdy półork wyprostował się czubek jego ozdobionego kolcami hełmu niemalże dotykał sufitu. Na jego widok żołnierze zatrzymali się w połowie kroku.


- Złóżcie swoją broń i odsuńcie się pod ścianę! To rozkaz, najemnicy! - Rzucił w ich stronę kapitan straży mintaryjskiej, który sam wyszedł naprzód unosząc dumnie głowę. Ani podchmieleni najemnicy, ani stojący za nim marynarze, którzy nienawidzili straży miejskiej równie bardzo (a może nawet bardziej) nie posłuchali rozkazu aroganckiego kapitana. Co więcej; Etsy zauważyła, że w ślad za krasnoludem i półorkiem klienci karczmy zaczęli powoli sięgać po ukryte w butach sztylety.
Nikt w porcie nie lubił straży mintaryjskiej, która zajmowała się nie tylko łapaniem pijanych marynarzy (a Ci na lądzie zawsze byli pijani - to pewnie była jakaś osobliwa tęsknota za rozkołysanymi pokładami statków), ale także pobieraniem cła od kapitanów cumujących okrętów, co bardzo często miało swój wpływ na zawartość mieszka marynarza. Najbardziej jednak zaskoczył Etsy widok Grega stojącego za szynkwasem z kuszą w łapie. Jego ochroniarze ustawili się murem przed nim blokując do niego dostępu. Obie strony nie chciały odpuścić.
Półelfka wiedziała doskonale, że wystarczy tylko by mucha przeleciała przez salę, aby rozpoczął się krwawy łomot. Prędko ruszyła w stronę skulonej pod stolikiem dziewczynki, chwyciła ją za dłoń i pociągnęła za sobą w górę schodów prowadzących na poddasze, gdzie miała swój pokój. Jeszcze przed zniknięciem usłyszały gromkie słowa krasnoluda - Chyba jeszcze nikt im nie powiedział, że po pijaku walczymy lepiej.

Verin Tiras Marekul & Randal Evenwood

Ulice dzielnicy Czarnystaw, Neverwinter
5 Tarsakh, 1479 DR
Zmierzch

Dwóch uzbrojonych po zęby wojowników przemierzało ulice Neverwinter bacznie rozglądając się dookoła. Byli najemnikami, ludźmi niezależnymi, których interesowało złoto i niewiele więcej. Jak długo nikt nie wtrącał się w ich sprawy czy sposób zarabiania na życie, nie wtykali nosa w sprawy cudze. Tym razem zlecenie nie było tak banalne jak poprzednie. Ich celem był nieuchwytny seryjny morderca z ręki którego zginęło zbyt wiele osób, aby móc skutecznie zatuszować liczne zbrodnie przed żądnym krwawej zemsty społeczeństwem.
Miasto dosłownie huczało od plotek, a współwiną obarczono nie tylko Straż Mintaryjską, ale także samego Lorda Protektora, co przebiegle wykorzystywała wyjątkowo nieprzychylna mu opozycja polityczna. Poirytowany brakiem rezultatów Dagult Neverember postanowił zająć się tą sprawą w trybie natychmiastowym. Nie mógł już sobie pozwolić na manipulowanie przekupną arystokracją, tak jak to uczynił blisko dekadę temu - podburzając za ich pomocą rozwścieczonych klęską głodową mieszczan zlikwidował niemalże całą opozycję. Teraz ruch oporu powoli odradzał się w mieście i wykorzystywał każdy możliwy argument aby podburzyć wizerunek Lorda Protektora w oczach mieszkańców, a seryjny morderca szalejący po ulicach Neverwinter był właśnie takim asem w rękawie.
Wykonanie tego zadania władca miasta powierzył kompanii Złamanej Czaszki, która trudniła się w ryzykownych i często moralnie niepoprawnych zleceniach. Dagult Neverember wierzył, że pieniądz potrafi przekupić każdego, a najemnicy, których milczenie zawsze było w cenie pełnionych usług, byli jego ulubionym narzędziem w tego typu politycznych zagrywkach.


Dla Randala i Verina była to po prostu kolejna zmarnowana noc spędzona na rutynowym patrolowaniu ulic dzielnicy Czarnystaw, gdzie prawie nigdy nie działo się nic konkretnego. Czasami mieli okazję spuścić łomot zbyt pijanym by ich później rozpoznać i osądzić marynarzom, ale nawet to robiło się powoli nudne. Najgorszy w tym wszystkim był zakaz spożywania alkoholu na służbie - podchmieleni awanturnicy odziani w insygnia kompanii Złamanej Czaszki byli ogromnym problemem wizerunkowym dla najemnej organizacji.
- Pieprzone przepisy - jęknął cicho Verin zaglądając do środka manierki, która zwykle była pełna alkoholu, ale teraz świeciła pustkami.
Randal nic nie odpowiedział. Pogrążony w zadumie próbował połączyć ze sobą wszystkie dowody towarzyszące zbrodni. Wiedział doskonale, że narzekanie na brak rumu do niczego ich nie przybliży, a dorwanie rozrywkowego sukinsyna będzie najszybszą drogą do ramion jakiejś uroczej kurtyzany.

W ciągu jednego miesiąca zginęło w ten sam brutalny sposób dwanaście ofiar z czego jedenaście było przedstawicielkami płci pięknej. Wszystkie kobiety były poćwiartowane, a ich twarze dodatkowo pocięte sztyletem lub jakimś innym ostrym narzędziem, co utrudniało identyfikację. Celem seryjnego mordercy padały najczęściej wysoko urodzone osoby, ale wyjątkiem od tej reguły była dwunasta ofiara. Był to przeciętnie zamożny kupiec, który głównie trudnił się przemytem i handlem nielegalnymi substancjami. Jego zmasakrowane szczątki rzeka wyrzuciła na piaszczysty brzeg niecały tydzień temu.
Wszystkie ofiary seryjnego mordercy miały dwie wspólne cechy - mieszkały w Czarnymstawie, a na ich plecach wyryte nożem zostały inicjały “BC”. Na całe szczęście pojawili się też świadkowie kilku zbrodni, a ich zeznania były na tyle spójne, że umożliwiły sporządzenie autoportretu pamięciowego.
Verin, który przez cały czas szedł tuż obok Randala zszedł na chwilę z wytyczonej przez zwierzchników ścieżki i przybił do ściany gospody list gończy przedstawiający łysego mężczyznę w wieku około trzydziestu lat. Pod jego wizerunkiem był napis “Poszukiwany za zdradę”, co było celowym zagraniem administracji. Gdyby pojawiła się tam informacja, że jest on seryjnym mordercą to każdy łysiejący mężczyzna w Neverwinter byłby teraz w poważnych tarapatach.


Mijały kolejne godziny spędzone na monotonnym patrolowaniu ulic miasta. Przez ten czas jedyną atrakcją okazała się mała dziewczynka uciekająca w stronę portu przed tuzinem uzbrojonych po zęby strażników mintaryjskich. Ten obraz rozbawił znudzonych najemników prawie do łez. Nienawidzili tych zadufanych w sobie sukinsynów niemalże równie intensywnie co nocnych patroli, które musieli obowiązkowo odbywać przez siedem dni w tygodniu. Nie dość, że musieli znosić przechwałki o długiej tradycji wojowników z Mintarnu, to jeszcze zabierali im sprzed nosa najcenniejsze kontrakty.
Znalezienie seryjnego mordercy było tak naprawdę pierwszym dobrze płatnym zleceniem od dłuższego czasu, ale haczyk polegał na złapaniu go przed innymi. Bez niego dostawali marne dziesięć sztuk złota za noc spędzoną na ulicach Neverwinter, co ledwo starczyło na opłacenie pokoju w karczmie ,,Bezimienny Dom” wraz z piciem i jadłem.
- A Ty? Masz kobitkę? - Zapytał w końcu Verin, gdy dla odmiany skręcili w jedną z bocznych alejek. Randal nie odpowiedział, zamiast tego tylko pokręcił głową przecząco. Był już zmęczony całym tym chodzeniem, a do świtu była jeszcze długa droga.
- Myślę, że zasłużyliśmy sobie na małą przerwę - dodał po krótkiej chwili. - Jest tu pełno opuszczonych chat. Znajdziemy sobie jakąś wolną i zjemy tą suszoną kiełbasę, którą dała nam ta półelfka w karczmie.
- Spodobała Ci się, co nie? - Zapytał Verin łokciem szturchając Randala. Na jego twarzy malował się łobuzerski uśmiech.
- Ostatnim razem to Ty puszczałeś w jej stronę maślane oczka - odgryzł się Randal.
- Każdy powinien choć raz spróbować swych szans - Verin wzruszył ramionami z westchnieniem. - Tym bardziej, że to jedyna atrakcja Bezimiennego… O! No proszę... chyba znaleźliśmy sobie wolną chatę.

Wszystko wskazywało na to, że szermierz miał rację. Zaprawieni w bojach najemnicy stanęli przed starą podupadającą kamienicą ulokowaną na samym końcu kończącej się ślepą uliczką alei. Witrażowe okna były powybijane, dach przeciekał, okiennice zostały wyrwane przez hulający wiatr, a drzwi wisiały na górnym zawiasie. Lepiej być nie mogło.
Verin przyśpieszył kroku marząc tylko o tym, by usiąść na jakimś starym wygodnym fotelu przy akompaniamencie trzeszczących w proteście kości. Jako pierwszy dopadł drzwi, ale postanowił najpierw zajrzeć do środka zanim postawi tam stopę. To co zobaczył przyprawiło go o dreszcze na karku i nagły atak mdłości.
Na środku małej przytulnej izby leżała młoda dziewczyna w kałuży szkarłatnej krwi. Na jej filigranowym ciele znajdowały się liczne rany zadane ostrym narzędziem, ale nie były tak głębokie jak to miało miejsce w przypadku innych ofiar. Randal, który stanął tuż obok Verina wyglądał na bardziej wstrząśniętego od swojego towarzysza. Wiele myśli i słów cisnęło mu się na usta, ale zdołał wykrztusić z siebie tylko jedno krótkie zdanie - O kurwa.
Dwóch najemników weszło ostrożnie do środka z przygotowaną w pogotowiu bronią. Powoli obeszli leżącą na podłodze dziewczynę rozglądając się uważnie dookoła w poszukiwaniu zagrożenia. Upewniwszy się, że nie ma nikogo w domu Verin podszedł szybkim krokiem do kobiety, a następnie obrócił ją na brzuch swym grubym skórzanym butem. Na jej plecach wyryte zostały krwawe inicjały “BC”. Szermierz pochylił się, by dotknąć palcami otaczającej dziewczynę kałuży krwi. - Jeszcze ciepła - stwierdził z niesmakiem.
- I wygląda na to, że nasz gospodarz w końcu pozostawił po sobie niezatarte ślady - dodał Randal wskazując głową krwawe ślady butów, które prowadziły na zewnątrz, a których wcześniej nie zauważyli. - Usłyszał naszą rozmowę i uciekł.
Najemnicy spojrzeli po sobie z ponurym uśmiechem na twarzy - Mamy sukinsyna.
 

Ostatnio edytowane przez Warlock : 05-10-2014 o 18:41.
Warlock jest offline  
Stary 11-05-2014, 17:07   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
- Ile by nam nie płacili, to i tak będzie za mało - mruknął Randal, kierując swe słowa w stronę topiącego wzrok w pustej manierce Verina.
Rozkaz Lorda Protektora, bezpośrednio wyrażony ustami Khergala, nie pozostawiał wątpliwości - do końca dnia (a raczej nocy) mieli łazić po Czarnymstawie i szukać tajemniczego łysola, który w dość specyficzny sposób okazywał swój brak sympatii do kobiet. Z jednym wyjątkiem, ale to mogło być odstępstwo od reguły, albo naśladowca.
A rozrywek było mało, wbrew temu, że nocne życie w Neverwiner kwitło w najlepsze. Ale większość takich suto zakrapianych rozrywek odbywała się pod dachem, a nawet gdyby nie, to tak - nie da się ukryć - byłyby dla członków patrolu najnormalniej na świecie niedostępne.
- Macie oddzielić pracę od rozrywki!
To przykazanie Khergal Talgast wbijał do głów członków Kompanii Złamanej Czaszki słowem i (w przypadku tych bardziej tępych) czynem.
A gdy i to nie pomogło, delikwent lądował na bruku, z odciśniętym śladem buta komendanta na zadku.

- Daję sztukę złota, że te ofermy jej nie złapią - powiedział Randal, gdy zobaczyli bandę strażników goniących małą dziewczynkę, jednak Verin nie przyjął zakładu. Ich opinia o Mintarnijczykach była tak samo kiepska i obaj by się mogli założyć, że większość z nich nie potrafiłaby bez pomocy znaleźć własnego zadka w jasnym pokoju.
Nie mówiąc o tym, że całym sercem dopingowali tej małej.

***

Trup. I to akurat teraz. A drań uciekł.
Jakby nie mógł poczekać jeszcze parę minut, pomyślał z nieukrywanym żalem Randal, gdy okazało się, że dziewczyna zginęła dosłownie przed chwilą.
Klepnął po ramieniu Verina i pokazał ślady, jakie pozostawił po sobie (i za sobą) tajemniczy morderca.
- Chodźmy, szybko. - Nie czekając na odpowiedź wyszedł na ulicę.
- Że też nie ma tu Tenna i jego wielkiego bydlęcia - mruknął, ruszając krwawym tropem. - Z pewnością dopadliby tego sukinsyna nim ten by zrobił sto kroków.
Rzeczywistość wnet pokazała, że słowa Randala nie znalazłyby pokrycia w rzeczywistości. Ślady stóp wiodły w głąb zaułka, o którym Randal wiedział aż za dobrze, ze nie prowadzi z niego żadne wyjście. Przynajmniej znane Złamanym Czaszkom.


- Na dach wlazł - mruknął, na poły z uznaniem, na poły z pretensjami.

Nie pozostawało zrobić nic innego, jak iść w ślady sprawnie i okrutnie zabijającego łysola.
Może wspinanie po ścianach domów nie szło Randalowi aż tak sprawnie, bowiem nie należało do jego ulubionych zadań wspinanie się nocami do okien panienek mieszkających na wyższych piętrach, ale w końcu znalazł się na dachu. Za późno jednak, by ocalić życie znajdującego się tam strażnika.


Strażnicy stojący na dachach powinni mieć oczy dokoła głowy, a nie wgapiać się w jeden punkt, na przykład obserwując pościg paru strażników za złodziejem, czy wgapiając się w okno czyjeś sypialni w poszukiwaniu ciekawych widoków. Ten jednak osobnik, głuchy na to, co dzieje się za jego plecami, dał się podejść, a Randal nie miał do zrobienia nic, jak tylko patrzeć, jak jego ciało zlatuje z dachu na chodnik.
No, prawie nic, bowiem zanim zabójca strażnika zdążył uciec, Randal zdołał wpakować w niego parę magicznych pocisków. Obdarowany niespodziewanym podarunkiem człowiek w pelerynie niestety nie zaplątał się w długie poły swego okrycia i nie poleciał w ślad za swą ofiarą. Zręcznie jak małpa przekroczył krawędź dachu, po czym równie zręcznie zsunął się na dół. I zrobił to tak szybko, że zanim Randal czy Verin dotarli do skraju dachu zabójca znalazł się na chodniku, a nawet zdążył odsunąć właz do kanałów.
Cyrkowiec, albo marynarz, pomyślał przez moment Randal. Co było zapewne niesprawiedliwe dla przedstawicieli owych zawodów, bowiem każdy dobry pajęczarz czy inny złodziejaszek sprawiłby się równie dobrze.

Zanim Randal znalazł się na dole Verin już nurkował do kanału. I popędził za co najmniej dwukrotnym zabójcą.
To by było tyle na temat wyższości mintarnijskich strażników nad najemnikami, pomyślał Randal, mijając ciało leżącego strażnika, po czym wszedł do kanałów w ślad za wyprzedzającym go o parę kroków Verinem.


Zabójca, mimo przeszkadzającej w poruszaniu się peleryny, półmroku, śliskości podłoża i zagradzających co chwilę drogę rur, pędził do przodu jak zając i odsadził się od ścigających o parędziesiąt metrów.
A nawet próbował się odgryzać. Na szczęście wypuszczony z kuszy bełt minął tak Verina, jak i Randala, który profilaktycznie przykleił się do ściany.

Mrok i odległość, tudzież pospiech, w jakim zabójca uciekał, na nic sie zdały, bowiem znów się okazało, że magiczne pociski swoje widzą i mają swoje własne tempo, lepsze niż nogi jakiegoś uciekiniera.
Trafiony zabójca zachwiał się, poślizgnął...
Randal zaklął pod nosem widząc, ze jego cel jakby nigdy nic biegnie dalej, nic nie straciwszy ze swej prędkości, a potem wbiega do pokaźnych rozmiarów komory, w której krzyżowało się kilka podziemnych korytarzy.
- Łap go! - krzyknął Randal widząc, że Verin, sobie tylko znanym sposobem, zdołał skrócić dystans między sobą a uciekinierem.

Verin skorzystał z rady, chociaż może nie w ten sposób, co to go sobie wyobrażał Randal. Celny bełt trafił i powalił mordercę, który w zwalił się jak długi na stosie różnych odpadków.

- Odejdźcie sukinsyny! - wrzasnął morderca, podnosząc się z kolan i popierając swoją prośbę wysłanym w stronę Verina bełtem. Trafnym, niestety.

Inwektywa była niezasłużony, prośba niemożliwa do spełnienia... i z tego właśnie powodu Randal puścił mimo uszu jedno i drugie, po czym wpakował w składającego propozycję kolejne dwa pociski.
No i okazało się, że i to nie wystarczyło na zawziętego zbira, który (choć ledwno stał na nogach) ruszył z sejmitarem w dłoni na Verina.
Choć zdaniem Randala warto było poczekać i wykończyć tamtego drania pociskami z kuszy, nie dając szans na rewanż, to Verin postanowił się błysnąć swymi umiejętnościami. No i pokazał, że nie na darmo nosi broń przy boku. Piękny celny cios pozbawił mordercę dłoni i ciężko rannego posłał na ziemię.
Dobić, przeszukać, zanieść na górę, pomyślał Randal, któremu wciąż tkwiły w głowie słowa "żywy lub martwy".

Na dobrych chęciach się skończyło, bowiem kopiec, na którym toczyła się walka, nagle eksplodował. Asasyn poleciał w jedną stronę, Verin w drugą... a Randal cofnął się w głąb korytarza, gdy na środku komory wyrosło pełne macek cielsko.
 
Kerm jest teraz online  
Stary 12-05-2014, 17:25   #4
 
Tiras Marekul's Avatar
 
Każda kolejna speluna jaką mijali podnosiła poziom podirytowania gorejący w jego żyłach od jakiegoś czasu. Muzyka grana na lutni lub harfie przez grajka, służki zwinnie tańczące pomiędzy stołami, dostające klapsy po pośladkach kiedy tylko nadarzy się okazja. Jadło, którego zapach odczuwalny był na dobrych kilka metrów od frontowych drzwi. Alkohol którego ilość przekraczała najśmielsze oczekiwania całej kompani Złotej Czaszki, będący kwintesencją udanego posiłku. I to wszystko zamknięte w kwadratowym bądź prostokątnym budynku z drewna, o dachu ze strzechy, który jakiś inteligent postawił w miejscu, które Verin musiał właśnie oglądać i z żalem mijać. Jego manierka została opróżniona osobiście przez Talgast'a, parszywego krasnoluda który sprawował zwierzchnictwo i trzymał całą zgraję najemników za jaja, by Ci nie robili co im się podoba.
- Musisz zachować trzeźwość umysłu! – Dodał na koniec krasnolud wycierając schowane pod zarostem usta o rękaw i oddając pustą manierkę z miną, jakby to co zrobiło było czynem godnym władcy chaosu.

Verin smęcił pod nosem omiatając patrolowane ulice znudzonym spojrzeniem. Pusta manierka dyndała przy pasku śmiejąc się półelfowi prosto w twarz, przypominając o tępym krasnoludzie który raczył ją opróżnić przed pójściem Marekula na patrol. Nie był pospolitym pijaczkiem, jednak parę łyków alkoholu wlane do gardła poprawiało mu humor w takich chwilach jak ta – ciągnących się w nieskończoność, wypełnionych nudą. Jedynym urozmaiceniem mogli być przechodnie odwracający wzrok na widok dwóch uzbrojonych po zęby zakapiorów, i gdyby nie emblematy Złamanej Czaszki, to serca stawałyby im w gardłach w obawie o swój los. Niejednego dopadała trwoga na widok mężczyzny w zbroi rodem z legend z dalekiego wschodu. Maska pod którą gości mrok w umysłach przeciętnego mieszkańca tworzyła wizje potwora, którego twarz jest pod nią schowana. Zbroja która nie śmie wydać nawet najmniejszego piśnięcia przy szybkich i precyzyjnych ruchach w połączeniu z umiejętnościami jakich nie widuje się na co dzień, nierzadko sprawiały iż półefl Verin Tiras Marekul za którego się podaje, naprawdę jest demonem ciągnącym za sobą śmierć. Złota Czaszka przygarnia takich, dziwadła mogące podjąć się zadań do których niezdolny jest przeciętny człowiek.


Kolejne ogłoszenie zostało przybite na drewnianym słupie – ostatnie już tej nocy. Krótka wymiana zdań na temat półelfki połączona z propozycją przerwy wpłynęła na samopoczucie Verina pozytywnie. Również mała dziewczyna uciekająca przed grupą strażników była zabawnym i wzbudzającym zainteresowanie zjawiskiem, które samo z siebie poprawia humor. Oglądanie przez ostanie parę godzin facjaty łysego faceta, przez którego teraz muszą łazić zdecydowani wymagało rozładowania emocji z powodu zmarnowanego wieczoru. Stara kamieniczka na końcu drogi stanowiła idealny powód do tego by się na chwilę zatrzymać, coś zjeść, pogadać i wracać na patrol w innym rejonie. Randal był chyba jedyną osobą z którą Verin utrzymywał dłuższy kontakt po dołączeniu do kompani. Zdawało się, że czarodziej z przymrużeniem oka patrzył na półelfa i potrafi się wyłączyć kiedy trzeba kompletnie mając w nosie to co mówi bądź robi towarzysz.

Kamieniczka jęczała niczym żywa istota kiedy wiatr owiewał jej stare mury. Niewiele osób musi tu teraz mieszkać i zapewne są to jednostki których życie nie potoczyło się tak jakby chcieli. Stare okiennice powyrywane z zawiasów, powybijane okna straszące ciemnością wewnątrz, liczne pajęczyny i piski gryzoni gdzieś po kątach. Pozostawione same sobie budynki stanowiły idealne schronienie dla złodziei, łotrów i zabójców.

Pchnięte ręką drzwi zgrzytnęły na początku, a potem samoczynnie otwarły się na oścież. Zaciemnione pomieszczenie było siedliskiem całych kolonii mikroorganizmów i kto wie jakiej choroby można by się nabawić przebywając tutaj dłużej. Kurz wzbił się w powietrze poprze ruch drzwi tworząc delikatną mgłę w pomieszczeniu. Widok martwej kobiety idealnie wpasował się do starego, zagraconego mieszkania. Widok, który niejeden poeta by wykorzystał aby stworzyć przepiękny opis do swego poematu. Verin szybko wkroczył do środka wyciągając broń niemal natychmiastowo. Zrobił szybkie rozeznanie we wnętrzu, bystry wzrok Randala widzący w ciemności lepiej wychwycił ślady krwi. A może ta parszywa noc nie będzie wcale taka zła – pomyślał ciesząc się w duchu, że wreszcie przyjdzie mu kogoś zabić. Randal wskazał odpowiedni kierunek na podstawie tego co zobaczył. Verin błyskawicznie wszedł na dach skacząc po oknach, parapetach i wystających cegłach oraz wszystkim za co da się chwycić.

Pościg trwał w najlepsze. Zamordowany na dachu strażnik spadł głucho uderzając o ubitą ziemię zaraz obok studzienki w którą skoczył bandzior. Kanały wyglądały jak plątanina rur w których półefl miał sposobność do rozładowania skumulowanego napięcia podczas patrolu. Chęć dorwania skurwiela rosła w nim z każdym przybitym listem gończym, z każdą gospodą mijaną z poczucia obowiązku. W błyskawicznym uniku minął bełt, zmieniając się w głąb smolistego dumy który przeniósł go kawałek dalej. Wreszcie komnata będąca zlewiskiem wszystkich ścieków z usypiskiem kości w centrum stała się miejscem w którym miało dość do pojedynku.

Szczęk cięciwy i mechanizmu spustowego echem przeszedł po komnacie. Wymierzony w nogę bełt zaśpiewał w śmiercionośnej pieśni, dosięgnął celu perfekcyjnie, swym impetem przewracając tajemniczego uciekiniera. Verin wyrzucił kuszę z rąk i pognał dobywając katanę – nie zdążył. Bełt pofrunął w jego kierunku, lotki zagwizdały, drewniany kołek wbił się w udo po same pióra. Półelf porażony pociskiem zrobił obrót na drugiej nodze łagodząc jednocześnie siłę jaka sekundę temu w niego uderzyła. Doskoczył do zabójcy w którego ręce już znalazł się rapier – ostrza zderzyły się ze sobą, błysnęły w świetle księżyca rzucanym przez studzienkę kanalizacyjną do pomieszczenia. Kolejne magiczne pociski pofrunęły sięgając celu. Zapach spalonej skóry dostał się pod maskę. Ostrza znów zderzyły się ze sobą, a potem rozległ się paniczny krzyk. Krew trysnęła ze sterczącego kikuta, odcięta dłoń zniknęła wpadając między kości, pozostawiając po sobie jedynie czerwone ślady. Z ostrza katany na powie długości ciekła czerwona posoka.

Kopiec eksplodował potężną silą. Verin odskoczył kawałek w bok, stracił równowagę i zjechał po stercie czaszek. Kawałki żeber zazgrzytały na ścianach krusząc się na mniejsze kawałki. Cel ich pobytu tutaj zniknął gdzieś po drugiej stronie. Marekul miał go gonić, kiedy ogromne macki zagrodziły mu drogę. Coś zbudziło się bo poczuło krew, to coś jest głodne i prosi o więcej.
 
__________________
Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn.
Tiras Marekul jest offline  
Stary 15-05-2014, 18:15   #5
 
Proxy's Avatar
 
Młoda służka ciągnęła mocno za rękę dzieciaka piętrami do góry. Z zatłoczonego parteru weszły na półpiętro pełne drzwi. Dalej nieco innymi schodami weszły na same poddasze karczmy. Te było również podobnej wielkości, co sala główna. Zawalone w większości skrzyniami i beczkami. Wiele klamotów poukładanych na sobie. W całej przestrzeni również było sporo wolnego miejsca. Przy ceglanym obłożeniu komina gdzieś w połowie i na boku urządzone było czyjeś gniazdko. Szafa, siennik, półki, parę kufrów i sporo świec.

- Czy ty masz pojęcie, co ze sobą tu przyprowadziłeś?! - zaczęła surowo przyprawiając swoją twarz dużym niezadowoleniem. Trzymała cały czas dzieciaka mocno za rękę pochylając się nad nią - Czterdziestu uzbrojonych chłopa, ty wiesz co się tu za chwilę będzie dziać?! Cała sala będzie zdemolowana. Wiesz ile to kosztuje?! Wiesz ile czasu będzie trzeba to sprzątać?!

Dziewczynka kurczowo trzymała przy sobie łapę psa spogladając z prerażeniem dookoła.Pies się cieszył Nel po prostu potrzebowała kogoś blisko siebie .
- Puść mnie, dalej….- powiedziała naiwnie dziewczyna
- Ucieknę… - dodała.

- Przez okno Cię nie wyrzucę, więc narazie to ty się stąd nie ruszasz, póki na dole nie ucichnie - wyciśnęła surowo puszczając po chwili. Popatrzyła się gromnym wzrokiem i wróciła do schodów zamykając klapę w podłodzę - Nie chcę nawet wiedzieć, coś zmalował ale miej świadomość, że jesteś w poważnych tarapatach. Módl się, by Gregor Cię nie znalazł i nie rozszarpał za straty - warczała cały czas z rękoma ułożonymi na biodrach.

Zdecydowanie nie chciała by ktokolwiek ją rozszarpywał, dlatego mimo, iż w pierwszej chwili przycisnęła do siebie zadowolonego psa, który swoim mokrym, różowym jęzorem próbował sięgnąć jej twarzy. Gdy tylko wciągnęła wraz z powietrzem przez nos zapach jego brudnej, mokrej sierści oprzytomniała. Zerwała się na nogi rozglądając uważnie po pomieszczeniu. Oceniając możliwe kryjówki, zajrzała pod siennik, aby sprawdzić czy znalazłoby się tam dla niej miejsce, podobnie po cichu, na paluszkach sprawdziła szafę. Słyszała już rumor na dole, a jej dłonie zaczęły drżeć od powstrzymywanego trudem strachu. Ostrożnie wyjrzała przez okno. Kobieta, która ją tu przyprowadziła mówiła prawdę, ciężko byłoby jej uciec tą drogą, chociaż….

Patrząc na zagubione i przestraszone dzieciaka nie miała serca by się nad nią wyżywać. Przecież to było dziecko… Uspokoiła się nieco by nie warczeć przez zęby. Wściekłość również nieco opadła lecz dalej była zła. Sama też nie wiedziała, czy na dzieciaka, na sytuację, czy na przyprowadzenie go na poddasze. Dopiero teraz zastanawiała się, czy mimo wszystko był to dobry pomysł… Choć pozwalać na krzywdę dziecku prawie pod jej nogami również serca nie miała.

- Możesz nie grzebać po moich rzeczach? - odpowiedziała niskim tonem stojąc na środku poddasza wciąż z rękoma ułożonymi na biodrach - I pilnuj tego kundla. Nie lubię ich. Niech mi tylko coś ubrudzi to wyjątkowo wyleci przez okno - rzuciła ponurym żartem - Siadaj na dupie i przestań się wiercić.

Jej wyraz twarzy pokazywał z czasem rosnące obawy codo zajścia. Szczególnie po wspomnieniu umienia mężczyzny zaczęła się bać jego możliwych reakcji.

Wymowną ciszę przerwała eksplozja okrzyków bojowych, którym towarzyszył łomot rozbijanych mebli. Karczma zatrzęsła się w posadach wprawiona w drgania przez dziesiątki męskich ciał kotłujących się ze sobą w szalonym tańcu bitewnym. Co jakiś czas wśród ogłuszających szczęków oręża wyrywały się pojedyncze krzyki pogrążonych w agonii mężczyzn. Bitewna zawierucha na dobre rozgorzała na dole.

* * *

Z każdą upływającą minutą wrzawa stopniowo cichła, by w końcu przenieść się na ulice Czarnegostawu. Wyglądając przez okno w poddaszu dziewczyny dostrzegły jak dwójka wściekłych najemników goni niedobitki Straży Mintaryjskiej. Pozostali przy życiu marynarze zebrali się tworząc półkrąg pod drzwiami karczmy. Ze skrzyżowanymi rękoma i groźnymi minami rozmawiali głośno między sobą przerywając tylko po to by splunąć z pogardą na ziemię.

Po dłuższej chwili ciszy na dole odezwał się dźwięk pękającego pod czyimś butem szkła - ktoś powoli wspinał się po schodach. Etsy spojrzała na Nel nie kryjąc się ze swymi obawami. Jeśli to kolejny podchmielony marynarz szukający okazji do zabawienia się to obie dziewczyny były teraz w poważnych tarapatach.

Ku jej uldze w drzwiach pokoju pojawił Greg. Był cały czerwony na twarzy ze wściekłości, a z jego rozwalonego łuku brwiowego spływała intensywnie krew kapiąc na podłogę. Etsy nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie.
Barman wyszedł w ciszy na sam środek pokoju. Najpierw spojrzał z pozbawionym emocji wyrazem twarzy na małą dziewczynkę kulącą się w kącie, a później przeniósł swe ponure spojrzenie na Etsy, która poruszyła się niespokojnie.
- Wytłumaczycie mi się z tego - powiedział głosem zdystansowanym, aczkolwiek wróżącym nieuchronnie zbliżającą się karę.

To, co chodziło Etsy po głowie to jej uniknięcie. Gdyby mogła rozpłynęłaby się w powietrzu albo zapadła się pod ziemię. Ulotnić się z miejsca nieswojej zbrodni w takiej sytuacji nie sztuka. Niestety wszystko stanęło na wielkim pragnieniu. Zostało jej jedynie wymijające spokrzenia spod opuszczonej głowy.

- Mały właśnie wychodzi - odpowiedziała nerwowo podchodząc do niej, łapiąc za rękę i ciągnąc siłą w kierunku schodów. W końcu najprostszym sposobem rozwiązywania problemów jest pozbycie się ich powodów.

Nel rzuciła na mężczyznę spojrzenie “spode łba” jednak, chyba przez wzgląd na nieznajomą, która możliwe, że właśnie uratowała jej życie, jej ostry sztylecik pozostał ukryty pod połami luźnej koszuli. Przynajmniej do momentu, gdy kobieta nie złapała jej za ramię. Poczuła jak sztylet prawie wymyka jej się z dłoni, dlatego szybkim ruchem wyszarpnęła się z jej uścisku spoglądając na nią z lekką wrogością. Czuła się osaczona i zdana na łaskę dziewczyny, mimo to postanowiła być stosunkowo grzeczna, przynajmniej do momentu, gdy ta wyprowadzi ją na ulicę. Tam poradzi sobie sama. Zagryzając wargę rzuciła wściekłe spojrzenie na mężczyznę, ale nie powiedziała ani słowa, jedynie podeszła odrobinę bliżej dziewczyny.

- Nie wydaje mi się - powiedział Greg zastępując drogę Etsy. - Dzieciak uciekał przed strażą, która zrujnowała mi całą karczmę. Powinienem wydać teraz gówniarza, ale nic z tego nie będę mieć.
Greg bacznie przyglądał się Nel drapiąc się po brodzie. Przez długą chwilę zastanawiał się co zrobić z tym małym kłębkiem kłopotów, aż pomysł sam niespodziewanie wpadł mu do głowy.
- Przebierz go… tak by wyglądał jak dziewczynka! - Wypalił po dłuższej chwili namysłu.
- Od teraz będzie pracować w kuchni. Nauczysz go gotować i sprzątać, a jeśli Straż Mintaryjska przyjdzie raz jeszcze tu węszyć, to przy dobrym przebraniu nie powinni się połapać.
Zadowolony z własnej błyskotliwości karczmarz odwrócił się do dziewczyn plecami i nie czekając za odpowiedzią ruszył w stronę schodów. Przed zniknięciem im z oczu zatrzymał się jeszcze na krótką chwilę na pierwszym stopniu prowadzącym w dół. Odwrócił głowę w stronę Etsy obdarzając ją władczym spojrzeniem, po czym dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu: - A jeśli ucieknie to bardzo tego pożałujesz…

W głowie Nel, mimo tych wszystkich gróźb zaczął powstawać plan ucieczki.
“Ph, jak dziewczynka! Jestem dziewczynką fiucie zapaprany “ - przebiegło dziewczynie przez myśl i mimo, że rzuciła rudowłosej spojrzenie wściekłego psa wyciągnęła spod koszuli sztylet i wsunęła go potulnie w prowizoryczną pochwę, którą trzymała pod podartymi spodenkami, jakie nosiła na sobie. Gdy tylko mężczyzna wyszedł nonszalanckim ruchem dłoni wsadziła sobie palec do nosa i zaczęła nim wiercić z wyraźnym zadowoleniem malującym się na brudnej twarzyczce.

- Kur*a… - syknęła siarczyście cicho pod nosem zła na zbieg wydarzeń gdy Greg zniknął. W parę chwil przetrawiła sobie koncepcję - A mówili: “nie pal”... - wymamrotała przy okazji.

- A więc… - zaczęła po dłuższej chwili na głos i z pompatyczną aktorszczyzną - Witamy w karczmie “Bezimienny Dom” - rozłożyła ironicznie ręce jakby miała przycupnąć w powitaniu - Właśnie poznałeś właściciela. Ma na imię Greg - ciągnęła jakby miała to gdzieś wystudiowane - Do niego należy to wszystko włącznie ze mną. Ja mam na imię Etsy i właśnie zje*ałeś mi życie - syknęła w złości na końcu pochylając się nieco nad dzieciakiem.

- Jako, żeśmy cię już powitali, możesz zrobić to samo na początku oddając mi *to* - służka wyciągnęła rękę by na niej grzecznie wylądował sztylecik - Nie mam zamiaru obudzić się w nocy z nim w gardle. To nie ulica. Tutaj nie będzie tobie potrzebny - dziewczyna mówiła z niezadowoleniem, odgrażając się, choć na groźbę realną to nie wyglądało.

Pies zeszczał się Etsy pod nogi. Nel przestała dłubać w nosie.
- Śliczna, coś mi się wydaje, że należąc do tego dupka wskazała głową w stronę drzwi - To miałaś zje*ane życie dużo wcześniej niż ….no niż ja się tu zjawiłam - powiedziała z prostotą wyciągając z zamyśleniem palec z nosa i podając dłoń Etsy.
- Na imię mam Nel, sztyletu nie oddam, ale jestem Ci coś win..ny no przez to zamieszanie na dole - dziewczynka zauważyła możliwość dodatkowego wymsknięcia się z tej sytuacji. - dlatego jeśli już, to nie ty skończysz z nim w gardle. -dodała zadowolona z siebie i nie wiedząc czemu kobieta nie podaje jej dłoni, sama ujęła jej i machnęła nią kilka razy.

Pod pokrywką służki zagotowało się a na twarzy pojawił się wykrzywiony uśmiech, który jasno i wyraźnie świadczył, że w środku miota się tylko jedna żądza… Zaciskając zęby złapała wściekle za manatki i przeciągnęła do ściany przyciskając.

- Posłuchaj gówniarzu. Nie mam zamiaru się z tobą użerać. Więc albo będziesz robić wszystko tak jak ja mówię a Greg nie będzie miał z tym problemu albo nagle odwiedzi cię patrol straży mintaryjskiej. Nawet nie będą musieli cię gonić bo osobiście dostarczę cię związanego i z zakneblowanym pyskiem.

- Ale wtedy…..Twój szef nic na tym nie zyska…. wycharczała uśmiechając się butnie do dziewczyny, na tyle szeroko, że ta miała piękny widok na jej nadkruszoną jedynkę. - A ty jesteś zbyt grzeczną ptaszyną aby narazić się na jego gniew…dlatego dasz mi być grzecznym na moich zasadach i sztylet zostaje. Jak chcesz nadal tkwić w klatce...Twoja sprawa.

- Nie będzie mi pięciolatek mówił, co mam robić - wyciskała w złości napierając mocniej na ścianę - Szkoda, że nie byłeś taki cfany wbiegając tutaj. Nawet nie miałam problemu by cię znaleźć w sali pełnej ludzi. Wystarczyło, że szłam za śladami moczu, który za sobą zostawiałeś ze strachu. Módl się, by z tej potulnej ptaszyny nie urodził się demon - wścielke mamrotała.

Może to w wyniku przyduszenia, a może przez to, że diabeł , obudził się w jej własnej duszy oczy jej zabłysły.
- A cioooo, biedulka mozie źnieść kuku od doloslego a od dzidzi juź nie ? Dzidzi za duzio widzi? - zapytała kaszlnąwszy lekko w momencie, gdy rudowłosa kontynuowała wątek o demonie co wprawiło ją wbrew pozorom w jeszcze lepszy nastrój.
- Ooooh biedaczku, to Ty brzemienna jesteś i to jeszcze takie plugawe nasiona w sobie nosić. Tfu… powiedziała z udawaną troską wysilając się by pogłaskać dziewczynę po brzuchu. - To dlatego taka zatroskana moim sikaniem jesteś, po pieluszkę instynkty gonić każą...hmm? - kontynuowała udawanym tonem aniołka.

Gdy oczy Nel błyszczały to cała osoba Etsy zapłonęła czystą furią. Dość niezły wynik, by wyprowadzić kogoś z równowagi w tak szybkim tempie. Służka prawie że harczała ze świstem nabierając powietrza. W końcu ryknęła cofnęła się o krok i rzuciła dzieciakiem w kierunku ściany. Stała tak przez chwilę gapiąc się aż w końcu ruszyła się… I wcale to nie było w jej kierunku a w kierunku jej pieska. Sprawnym szybkim krokiem złapała go za kark i podniosła do góry. Nie oglądając się w ogóle w stronę smarkacza pomaszerowała do… okna. Innego niż z którego oglądały przez chwilę to, co działo się przy wejściu karczmy. Wolną ręką niemal nie zerwała zamknięcia otwierając je na oścież. Ręka została wyciągnięta a piesek zawisną nad przepaścią dla jego wzrostu.

Dziewczyna spojrzała się na rudowłosą ocierając z nosa krew już, odechciało jej się gry słownej. Kobieta zdążyła stracić w jej oczach. Jako dziecko z ulicy bito, czy kopano ją nie raz, dlatego to nie była żadna nowość w przeciwieństwie do wcześniejszego zachowania dziewczyny.
- Na prawdę ? Najpierw spierzemy dzidzi, potem szczeniaka? Aż tak sfrustrowana słońce jesteś? warknęła patrząc się rudowłosej głęboko w oczy siadając na podłodze.

- *Nie będę* się powtarzać! - Odezwała się prawie nie krzycząc - Gówno mnie obchodzi, co myślisz. Robie to, co każe Greg. Jeśli masz tutaj zostać to zostaniesz i odrobisz straty. Mam gdzieś, czy się tobie to podoba czy nie. Albo przestaniesz pyskować i się stawiać albo oddaje cię straży. Chyba, że wolisz doprowadzić mnie do skrajnego szału i zrzucić kundla z okna. Po tym rozszarpie cię na kawałki i będziesz żałować, że nie robią tego strażnicy!

Jej wyraz nie był tym samym wyrazem, co z początku. Ani nawet nie wyglądał na współczujący jak wcześniej. Kłapając ozorem nagrabiła sobie nie na żarty. Z wymuszonego sprzymierzeńca sytuacja pogorszyła się dość znacznie.

Dziewczyna spojrzała się na nią smętnie, zlizała krew z dłoni i usiadłwszy wygodniej stwierdziła krótko.
- Nie zrobisz tego… - mruknęła spoglądając się na nią pewnie - Nie jesteś aż takim śmieciem dodała nadal spoglądając się jej butnie w oczy.

- Jest jeden sposób, by się przekonać - odpowiedziała mściwie pod nosem.

- Zrób to, okaż się taka sama jak tamten fjut co sobie poszedł. - Mruknęła dziewczyna i oparła się wygodnie o ścianę czekając na to co nastąpi.

Służka zagryzła zęby wpatrując się w dzieciaka. Mijały kolejne sekundy napięcia i niepewności. Wiedziała, że by pokazać swoją wyższość musi puścić kundla. Z drugiej strony ostatnie zdanie Nel było tak niesamowicie trafne, że przeciągnęła swoją przesądzoną z góry decyzję. Nie była przecież potworem. Ani demonem… Ani w prawdzie nie była w stanie rozszarpać dzieciaka na kawałki... W tym analizowaniu miękła od środka. Od zewnątrz było widać, że uspokaja się. Z czasem zrezygnowała w milczeniu z pomysłu wyrzucenia psa z drugiego piętra budynku.

Poddała się, jednak nie przegrywając a udowadniając, że nie jest taka jak Greg. Pies wrócił do pomieszczenia i upadł na cztery łapy. Niezbyt zorientowany w swojej sytuacji, w nachalności i psiej głupocie, odświeżony morskim powietrzem, z zadowoleniem podbiegł do Nel, jakby jej siedzenie przy ścianie było sygnałem do pieszczot.

- Po prostu... Wykonuje polecenia… - odpowiedziała ponuro i bez humoru w jakimś wewnętrznym poruszeniu - Nie chce sprowadzać na siebie więcej problemów.

- Głupia jesteś - powiedziała choć bez wyczuwalnej wrogości dziewczynka. - Kłopoty zawsze się znajdują, ale nie zawsze trzeba być wobec nich biernym. dodała i ściągnęła z siebie koszulę ukazując swój płaski tors po czym jęła wycierać podłogę w miejscu gdzie pies nasikał, aby okazać jakiś cień życzliwości dziewczynie. Śmierdziała i tak, dlatego co za różnica, czy siki z wiadra, czy takie psie...trafiły na jej odzienie.

- A właśnie jeden z nich wyciera swoją koszulką psie szczyny. Ciekawe, co jest głupsze: Założenie tego z powrotem, czy robienie wszystkiego, by wrócić w łapska straży - powiedziała podobnym tonem do Nel - Trzeba cię wykąpać. Cuchniesz jakbyś wyszła z kanału.

Dziewczynka wzruszyła ramionami zakładając bluzkę na siebie,
- A bo wyszedłem może - mruknęła dając psu oblizać swoją twarz.
- to i tak lepsze niż jak na ciebie wylewają wiadro pełne odpadków…. dodała zniesmaczona tym wspomnieniem.

- Przynajmniej umiem się z tego wymyć i nie chodzę upieprzona jak nieboskie stworzenie.

Etsy zamykając spokojnie okno skierowała się gdzieś w stronę bliższą siennika. Pochyliła się, pogrzebała, a po uniesieniu ręki do góry zaczęła wyciągać jakiś jednolity materiał. Dość długi i w sumie szeroki.

- Na dole jest balia z gorącą wodą - zasygnalizowała stając na środku pokoju. Materiał w dłoniach okazał się ręcznikiem. Czystym, jasnym, prawie białym. Z pewnością pachnącym ale na pewno: specjalnie dla niej.

-Nie idę - mruknęła krótko zwłaszcza, że kąpiel kojarzyła się jej głównie z zimną wodą i ostrą szczotką. - Nie ma mowy, wolę sobie pośmierdzieć…- Dziewczynka wywaliła język w stronę rudej kobiety.

Ta westchnęła jakby ze znużeniem. Popatrzyła na nią z jakimś emocjonalnym zrezygnowaniem.

- Nel, proszę. Musze ciebie wykąpać. Nie mam ochoty ciągać cię wszędzie siłą.

* * *

Choć Nel piszczała i wierzgała ostatecznie zmuszona została do poddania się kąpieli. Stała jedynie nabzdyczona do granic możliwości nad balią gromiąc wzrokiem Etsy.

- Ile razy mam tobie głupku powtarzać, że śmierdzącego to weżmie ciebie straż? Ty uparty ośle!

- Nie weźmie bo tak będę śierdzieć, że zaczną żygać na sam mój widok opfuknęła ją patrząc się na wodę jak by to był płynny ogień.

- Ja za chwilę się zrzygam na ciebie! - Odrzuciła na odczepkę - Ściągaj te szmaty i właź póki woda ciepła.

Dziewczynka spojrzała na Etsy z nienawiścią, jednak ściągnęła szybko szmaty, po namyśle wyciągając ze sterty sztylecik i kawałek nadgnitego chleba. Chleb ułożyła na widoku, tak jak by bała się, że rudowłosa mogłaby jej go zabrać. Stała ostrożnie za balią przyciskając do siebie sztylecik, ewidentną samoróbkę, wykonaną z jakiegoś fragmentu odrzuconego metalu, ostrzonego później na kawałku kamienia z rękojeścią zrobioną ze splecionych szmat. Weszła ostrożnie do wody, tak aby dziewczyna nie widziała newralgicznych rejonów, które mogłyby zdradzić jej płeć. Po czym powoli zanużyła się ściągając coś z szyi, i kładąc to na brzegu balii przy sobie, starannie, jak największy skarb.

Woda była przyjemnie ciepła. Mimo wszystkich obaw i niechęci całkiem przyjemna. Może nieco zdążyła wystygnąć od momentu przelania wspólnie przyniesionych dwóch wiader z mocno parującą wodą. Rozmiar bali nie był spory jak dla dorosłego człowieka. Dla Nel była wystarczająca by wyprostować nogi na jej dnie. Etsy zrobiła gdzieś parę kroków za jej plecami aż w końcu stanęła przez nią.

- To jest *mydło*. Tego używają cywilizowani ludzie, by przynajmniej higieną różnić się od świń - przed oczy dzieciaka pojawiła się niewielka kostka o mętnym rzygowinowym kolorze i dziwnym świdrującym w nozdrzach zapachu.

- To jest *gąbka*. Tego używają cywilizowani ludzie gdy zapuścili się tak, że ciężko ich odróżnić od świń - przed oczy dzieciaka pojawiła się większa kuleczka śmiesznie pozwijanego i poświdrowanego materiału.

- A teraz doprowadź się do stanu używalności - podsumowała wrzucając wszystko do wody z głębokim pluskiem, ochlapując nieco Nel. Sama też nie zwracając na nią uwagi zniknęła gdzieś za plecami.

Służka korzystając z chwili sposobności chwyciła niezmiernie brudne szmaty uważając specjalnie na obszczane fragmenty. Wysypała z nich wszystkie rzeczy. wypadły już same śmieci. Nie zwracając większej uwagi na szczegóły pozbierała wszystko i wraz ze śmierdzącym zwitkiem zabrała ze sobą wychodząc bez słowa.

Nel została w pokoju sama. Nie wiedziała nawet na jak długo ale był to idealny moment na ucieczkę. Tylko… Gdzie można zwiać na golasa gdy pokój również był goły w jakiekolwiek materiały? Nawet siennik nie miał żadnego nakrycia. Choć w sumie nie. Był ręcznik. Leżał słożony na stoliku obok.

Ciepło odrobinę rozleniwiło dziewczynkę. Ale nie na tyle by w przypływie złośliwości nie wyrzucić z balii gąbki wraz z mydłem, które wydało głuchy odgłos uderzając o drewnianą podłogę. Rozejrzała się uważnie po czym sięgnęła na brzeg balii po medalion ostrożnie przetarłwszy jego powierzchnię za pomocą kciuka. Zazwyczaj pozwalała mu być brudnym i oklejonym błotem, gdyż bała się, że ktoś prędzej czy później zabierze jej go, gdy dowie się, że jest wykonany z szlachetniejszego materiału. Mimo to, bała się go otworzyć dlatego jedynie odrobinę odsłoniwszy kwiecisty wzór na pokrywie ułożyła go z powrotem na brzegu balii i zaczęła się nerwowo rozglądać znudzona “kąpielą”.

Po paru dłuższych minutach dziewka wróciła trzymając jakieś zwitki materiału w rękach. Ciężko dokładnie było stwierdzić po ilu. Wystarczającotyle, by jej opuszki palców zaczęły się odmaczać. Etay wchodząc ostrożnie jakby zajrzała, czy nie wchodzi w nieodpowiedniej chwili. Jej zamysłem było upewnienie się, czy przypadkiem dzieciak nie wyskoczy nagle z zawinkla wbijając w nią pokrętnie pokrzywiony miniaturowy sztylecik. Przyglądała się Nel wnikliwie. Widząc, że przez tyle czasu smarkacz nawet nie raczył zamoczyć łba, westchnęła ciężko ze zgryzoty, poirytowania i dalszej złości nad jego uporem. Podeszła bliżej i stanęła nad balią z rękoma ułożonymi na biodrach w nieprzyjemnym źle rokującym dla małego wzrokiem. W jednej chwili oboje rzucili się do rzeczy poukładanych na skraju. Nel kurczliwie za swoim sztylecikiem a Etsy za wszystko inne, co tym sztylecikiem nie bylo.

- Utopie cię w tej balii, uparty ośle! - warknęła dzierżąć w dłoniach medialion i odpychający kawałek chleba - Zobaczysz... Doigrasz sie szybciej niż myślisz! - Zabrane rzeczy odłożyła przy stoliczku obok ręcznika wracając pot tym sprawnie nad balie - Zanurzaj łeb! Ale już! - przeciskała w złości podwijając swoje rękawy i wiążąc małymi trokami zaszytymi w materiał, by nie opadły.

Wiele pisku, i jeszcze więcej rozlanej wody później. Kichając i prychając z nosem pełnym mydła dziewczyna owinęła się szybko ręcznikiem drżąc od wody, która zdążyła w międzyczasie wystygnąć. Ledwo tkanina zawisła stabilnie na jej ciele rzuciła się do medalionu i kawałka chleba, jedno wieszając sobie na szyi drugie przyciskając mocno do siebie. Gdy Etsy pokazała jej ubranie a nie wiele brakowało by ponownie rozpoczęłyby się bunty, gdyby nie to, że rudowłosa bezpardonowo wcisnęła jej sukienke przez głowę przyglądając się krytycznie jej długości.

Bez czekania na kogokolwiek ani na cokolwiek wygrzebała gdzieś spod rękawa szpilki.

- Rusz się, to wbije ci je w oczy - zagroziła bardzoej w pyskówce niż w realnym zagrożeniu.

Sama przykucńęła przed dzieciakiem zajmując się składaniem o wiele za dużego materiału. Zebrane zbędności przypinała igiełkami nie chcąc przy tym ukłuć jak i nie pokazywać, że nie chce tego robić. Trwało to dłuższą chwilę.

- Wyłaź z niej - rozkazała chwytając za materiał by pomóc w uwolnieniu się z niego.

Następnie rzuciła w dzieciaka mokrym ręcznikiem, by nie stało na golasa i zabrała się za odcinamie kawałków wielkimi nożycami, które również ze sobą zabrała. Staranna operacja nie trwała paru sekund ale w końcu zakończyła się sukcesem. Jak poprzednio bez żadnych pytań naciągnęła na Nel sukienkę, która już pasowała długością. Następnie mając gdzieś jęki, stęki i wykręcanie się, złapała za twardy grzebień i ciągnąc nieprzyjemnie za włosy zaczęła je rozczesywac i zaczesywac, jakby miały stracić na jej objętości. Dalej średnio orientując się, co się dzieje, na jej głowe została nałożona jakaś czapka.

- Innej nie mamy a jeśli chcesz sam wydać się straży to spróbuj ją ściągnąć - zakończyła triumfalnie nad swym dziełem - A teraz tu czekaj - rozkazała wylatując z pomieszczenia po raz drugi.

Znowu została sama z kolejną okazją na ucieczkę. Dziewczynka pomacała swoją głowę i nie podobało jej się to co odkryła. Jakieś dziwne loczki nie loczki...wzdrygnęła się i chwyciła mocno za jedno z pasm ściągając je pewnym ruchem. Wystarczy, że zmusili ją do założenia ….no TEGO CZEGOŚ. Nie pozwoli by jakiś zdechły pies czy inne bydle leżało sobie na jej głowie. Smród smrodem, ale to przesada nawet jak na nią. Sięgnęła dłonią, do rąbka sukienki i w zamyśleniu przesunęła po nim palcami jak by ten gest mógł jej coś przypomnieć. Pies szczeknął na Nel poddreptawszy do niej uderzając radośnie swoim cienkim ogonkiem o drewniane klepki podłogi.
- Mi też się nie podoba, ale to przecież tylko tymczasowe - powiedziała do niego drapiąc go delikatnie za uchem.
- Nie chcę na razie zwiać, ale nie możemy przecież ich zostawić...prawda ? -zapytała futrzaka nie oczekując od niego odpowiedzi i rozglądając się uważnie po pomieszczeniu.

Pokój był duży. Dorosły człowiek z pewnością nie dałby rady się w nim rozpędzić a sam układ pobliskich drzwi świadczył o tym, że inne pokoje mogły wygładać podobnie. Na jego środku była drewniana balia z wystygniętą trochę rozchlapaną wodą. Na rogu goły nieobłożony siennik, pusta szafa, kufer, stolik i zydel do pary. Zdecydowanie pokój do wynajęcia dla klientów a obecnie jeszcze nie przygotowany na przyjęcie takowego. Poza drzwiami i oknem z otwartymi żaluzjami na przeciwko nic sensownego nie bylo. Wszystkie inne klamoty Etsy zabrała ze sobą.

Nim bardziej Nel zdążyła się obrócić w pomieszczeniu dziewka właśnie wróciła. To nie była długa nieobecność. Odziwo pierwszym, co ją zdradziło to zapach jaki wniosła ze sobą. Soczysty ciągnący się i prawie parujący kawałek dziczyzny w misce pełnej gulaszu wraz z wystającą z niej łyżką. Wchodząc od razu odstawiła ją na stolik, podeszła do Nel. Wyrwała jej perukę i z zaciętością naciągnęła z powrotem na głowę. Następnie cofnęła się i oparła o stolik krzyżują ręce. Nan jej twarzy pojawił się krzywy uśmieszek. W końcu parsknęła ze śmiechu pod nosem.

- Hah... Teraz to dopiero wyglądasz jak ciota - zaczęła swoją kolej słownego odgryzania się. - Żeby tylko zobaczyli cię twoi kumple... Mieli by taki sam ubaw jak ja teraz...

- Na prawdę ? - zapytała jadowitym tonem choć jej wzrok i burczenie w brzuchu jednoznacznie wskazywało to, na czym dziewczynka była skupiona.
- Bardzo starałam się do Ciebie upodobnić, cieszę się, że mi wyszło. Nazywaj to wrodzonym talentem - Powiedziała ponownie ukazując jej nadbitą jedynkę. I nawet zdobyła się na gest pokracznego zamrugania oczkami i zakręcenia kuperkiem.

- Heh - odpowiedziała podobnie pod nosem pokazując, że jej kąsanie wcale jej nie obeszło - Wracając... Skoro nie chcesz sama oddać tego metalowego zaostrzonego kawałka to zgoda. Ale możemy ubić targu. Oddasz mi go wraz z tym kawałkiem chleba nadającego się na śmietnik a ja dam tobie *to* - przywołała do swoich rąk miskę pełną pachnącego ciepłego jedzenia - Zamówił to, któryś z gości... Ale jestem pewna, że już się po to nie zgłosi... - odpowiedziała z lekkim szelmowskim uśmieszkiem. Dla niej kalkulacja była prosta.

Nel spojrzała się na talerz łapczywie, całkowicie zapominając o zdechłym szczurze na swojej głowie. Zacisnęła mocniej dłoń na chowanym sztylecie. Marzyła o tym jedzeniu bogaczy i na samą myśl do ust napłynęło jej tyle śliny, że musiała jej nadmiar obetrzeć rękawem. Po czym spojrzała na przytulony do siebie kawałek nadgnitego chleba i swoją jedyną broń. Co stanowiło w jakiś dziwny sposób jedyną pewną na ten moment rzecz. I choć jej brzuch wołał “JEŚĆ” instynkt przetrwania był silniejszy, zwłaszcza, że nie zauważyła niczego z czego mogłaby zrobić sobie coś do obrony. Oscentacyjnie oderwała kawałek chleba jak by sama siebie chciała przekonać, że gra jest warta świeczi i wpatrując sie Etsy w oczy wsunęła go sobie do ust żując z zapamiętaniem, a zapach jakim było wypełnione pomieszczenie prawie, prawie, sprawił że smakował on dobrze.

- Nie to nie - wzruszyła ramionami chwytając teatralnie za łyżkę. Nel widziała jak z każdym ruchem pachnący gulasz lądował w ustach półelfki. Widziała oczami wyobraźni jak jej język rozprowadzał pyszności w środku a jak kubki smakowe radują się każdym doświadczeniem smaku. Służka robiła to specjalnie i z przynajmiej dziesięciokrotną pompatycznością - I żeby nie było: Jak chesz iść ze mną na noże to ja też mam coś ostrego na ciebie - zakomunikowała nieco inaczej niż dotychczas. Z dozą grozy i poważnego opanowania. Puściła łyżkę i sięgnęła gdzieś za plecami. Dzieciak usłyszał metaliczne ciche szurnięcie a po chwili przed jego oczami ukazało się nie jedno ostrze, nie dwa, ale aż trzy sztuki takich samych wąskich i niezbyt długich noży. Pochwycone w palcach półelfki w wachlarzyku z ostrymi końcami przy sobie. Teraz nie wygładała jakby żartowała ani się droczyła. Po prostu robiła tak samo jak jej niesforna podopieczna. Z czasem dowie się jak to jest - Ale mam nadzieję, że się najesz do syta. Następny posiłek nieprędko.

Następnie czekając odpowiednie długo, by wiedzieć że dzieciak napatrzył się wystarczająco na noże schowała je tam, skąd wyciągnęła. Wróciła do swojej miski już mniej zwracając zbytnio uwagi na Nel.

Jak dziewczyna zaczęła jej przed nosem machać tymi swoimi nożykami, w myślach Nel padła ostateczna decyzja.
Trzeba się z tąd jak najszybciej zmyć. Zwłaszcza, jak się ma do czynienia z taką niestabilną emocjonalnie, dziewczyną jak Etsy. Postanowiła również, że na razie może i lepiej jej przytakiwać, podobno przy wariatach dawało to rokowania na dłuższą przyszłość. Dlatego mimo głodu dokończyła połowę swojego kawałka chleba. Przekroiła jego resztę jeszcze raz na pół i dała jedną z połówek psu drugą chowając w swojej kieszeni.

Mimo wielu prób, starań i przedsięwziętych kroków za nic nie udało się dogadać z dzieciakiem. Nie dało się mu przemówić do rozsądku. Nie była z tego zadowolona. Gulasz przecież był dla niego i mimo, że sama nie była głodna nie czuła się dobrze zrzerając mu go przed oczami. ”Głupi bachor… “ - przeleciało jej przez głowę. Nawet nie miała ochoty wpychać go sobie na siłę. Było tak, bo dzieciak tak chciał. Trudno. Nic na to nie poradzi. Nie zacznie przecież go tłuc ani się nad nim znęcać. Choć po trochu czuła jakby się nad nim pastwiła. Nie było to przyjemne uczucie…

- Skończyłeś? - odezwała się ponuro i bez humoru w jakimś wewnętrznym zmieszaniu. Sama była obżarta dużą porcją, którą specjalnie dla niego przyniosła - To zapieprzaj na dół sprzątać swój burdel.

- Oczywiście, pani - i choć powiedziała to tonem wyjątkowo grzecznym było w tych dwóch słowach coś nieprzyjemnego dla ucha Etsy. Dziewczynka sprawdziła mocowanie swojego sztyletu pod sukienką i klapiąc bosymi stópkami o drewno powoli skierowała swoje kroki we wskazanym kierunku.
 
Proxy jest offline  
Stary 17-05-2014, 05:22   #6
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Kanały, Neverwinter
5 Tarsakh, 1479 DR
Zmierzch

Potężny wstrząs dobiegający gdzieś z podziemi wyrzucił wysoko w powietrze kopiec nieczystości, którego wysoka na kilka metrów ściana kości i odpadków na ułamek sekundy rzuciła cień na walczących poniżej, by zaraz pogrzebać ich żywcem. Na środku komory, do której tunelami wpadały z każdej strony potoki nieczystości wyłoniła się przerażająca bestia kształtem przypominająca wielką uzębioną kulę na trzech grubych jak dąb nogach z trzema wystającymi mackami. Pod jej masywnym cielskiem zadrżały ściany korytarza, w którym ukrywał się mag bitewny.
Randal obserwował to wszystko z rosnącym niepokojem. Jego towarzysz utknął na dnie okrągłej komory pogrzebany kilkoma tonami odpadków, a potężny potwór zwany Otyughem wyciągnął swe długie na blisko pięć metrów macki w poszukiwaniu ofiary, która utknęła pod stosem nieczystości. Dzięki tuzinowi oczu zlokalizowanych na końcu najmniejszej z macek bestia widziała doskonale Randala, który stał skryty w cieniu na skraju komory, ale w tamtej chwili zdecydowanie bardziej wolała posilić się jego towarzyszem.
Mag zaklął cicho pod nosem wiedząc doskonale, że jeśli nie zwróci na siebie uwagi to Verin niebawem skończy w paszczy Otyugha. Randal sięgnął w zakamarki umysłu po następne zaklęcie, które przyzwał prostym, aczkolwiek melodyjnym śpiewem. W powietrzu przed nim zmaterializowały się wielokolorowe pociski, które wystrzeliły do przodu oświetlając komorę i wpadające do niej tunele, by ułamek sekundy później trafić w opasłe cielsko potwora. Otyugh zaryczał głośno w proteście, a jego potężny ryk potoczył się echem po całym systemie kanalizacyjnym Neverwinter.
Wściekły potwór zakołysał się niebezpiecznie, po czym rzucił się w stronę maga strzelając na boki długimi mackami. Randal na widok rozpędzonej ważącej kilka ton bestii cofnął się mimowolnie o kilka kroków. Chciał już uciekać, ale w porę spostrzegł Verina, który dosłownie zmaterializował się przed nim.
- Długo kazałeś na siebie czekać - rzucił w stronę szermierza, który cofając się wgłąb tunelu spokojnie napinał kuszę trzymając zakończony zadziorami bełt między zębami.
Verin z oczywistych powodów nie odpowiedział, ale Randal cieszył się, że ma go u swojego boku. Bez tego zaprawionego w bojach wojownika miałby nie lada kłopot z potężnym Otyughem, który powoli zbliżał się w stronę tunelu.


Po drugiej stronie komory asasyn, który wcześniej z zimną krwią zamordował młodą kobietę na oczach ścigających go najemników przeklinał swoje szczęście w nieszczęściu. Otyugh co prawda zignorował go, ale odcięta w nadgarstku ręka paskudnie krwawiła i chociaż zdążył już okryć ją strzępem podartego materiału siłą zerwanego z jego własnej szaty, to ból dalej był niewyobrażalnie dojmujący. Klęczący na jednej nodze mężczyzna wykazał się niesamowitą odpornością fizyczną i psychiczną. Pomimo tak poważnej rany zachował trzeźwość umysłu i szybkim ruchem zdrowej dłoni bandażował okrwawiony kikut. Od czasu do czasu nerwowo spoglądał za siebie na wielkie cielsko mackowatego potwora, który przeszukiwał kopiec w poszukiwaniu fechmistrza.
- Zjedz sukinsyna - warknął cicho pod nosem, po czym stanął na równe nogi, by zaraz skrzywić się raz jeszcze przeszyty nagłym wybuchem bólu w lewej ręce.
Komora, w której się znajdował była idealnie okrągła. Do środka wpadały prostopadle do siebie cztery tunele nachylone pod lekkim kątem względem komnaty. Bajoro nieczystości po środku pomieszczenia uformowało gigantyczny kopiec, który okazał się być domem Otyugha - stwora, który żywił się głównie odpadkami wrzucanymi do kanalizacji przez mieszkańców miasta. Potwór zjadał dosłownie wszystko co wpadło mu do paszczy; począwszy od odchodów, a skończywszy na padlinie. Bardzo możliwe, że był tu celowo umieszczony przez kanalarzy, by służyć jako żywa machina utylizacji odpadów.
Asasyn miał jednak o wiele poważniejszy problem na głowie, niż rozmyślanie o prawdziwym powodzie funkcjonowania tej otyłej bestii w kanałach Neverwinter. Po pierwsze - rana wciąż paskudnie krwawiła. A po drugie - odległość dzieląca dno komory do podstawy tunelu wynosiła ponad trzy metry, co sprawiało, że wspinaczka po idealnie równej powierzchni ścian była z oczywistych względów niemożliwa.
Na całe szczęście mężczyzna szybko zauważył, że przesypujące nieczystości macki Otyugha powoli formowały pagórek za plecami potwora prowadzący prosto do znajdującego się naprzeciw bitewnego maga tunelu. Asasyn uśmiechnął się sam do siebie na widok prowizorycznego pomostu. Wszystko wskazywało na to, że problem sam się rozwiąże.
Chwiejąc się lekko na nogach zaczął powoli wspinać się po stosie odpadków w kierunku ginącego w mroku korytarza. Był już kilka metrów od krawędzi tunelu przekonany, że zaraz ucieknie, gdy nagle niewyobrażalny wybuch bólu w plecach dosłownie zrzucił go z nóg.
Turlając się z powrotem w dół komory mężczyzna zdążył pożegnać się z życiem będąc przekonany, że za tym atakiem stał nie kto inny jak Otyugh. Był pewny, że zaraz skończy w najeżonej ostrymi jak brzytwa zębami paszczy, lecz oczekiwana śmierć nie nadeszła. Zatrzymawszy się mniej więcej na środku komnaty spojrzał za siebie, by ujrzeć masywnego potwora sprawie podciągającego się mackami w stronę tunelu, gdzie znajdowali się jego prześladowcy. Nowa rana, którą wyczuł na plecach koniuszkami palców wciąż dymiła, a w powietrzu unosił się swąd spalonej skóry. Za tym dotkliwym atakiem musiał stać czarodziej, który już wcześniej kilka razy potraktował go magią.
- Jeszcze się zemszczę… - poprzysiągł powoli wspinając się raz jeszcze po stercie nieczystości. Był już ciężko ranny, a z każdą upływającą sekundą robiło mu się coraz ciemniej przed oczami.



Otyugh ze sprawnością godną atlety wspiął się po ścianach komory wprost do tunelu, w którym znajdowali się najemnicy z kompanii Złamanej Czaszki. Bestia była tak wielka, że jej okrągłe cielsko zajmowało niemalże całą przestrzeń okrągłego korytarza. Gdyby nie grube jak brzoza macki, to stwór mógłby najzwyczajniej w świecie podkulić nogi i przeturlać się w stronę swych ofiar niczym wielka najeżona zębami kula do kręgli. Tak się oczywiście nie stało.
Na samym wejściu przywitały Otyugha błyszczące zaklęcia, które z głośnym świstem trafiły w potężne cielsko nie wyrządzając mu poważnych obrażeń. Bestia zaryczała niczym ranny lew, a swąd, który wydobył się z jej paszczy przyprawił o mdłości stojących kilka metrów dalej najemników. Nim jednak zamknęła rozdziawiony pysk Verin zdążył posłać w tym kierunku zakończony zadziorami bełt, który przy trafieniu dosłownie przybił do podniebienia długi jęzor potwora. Tym razem usłyszeli tylko cichy stłumiony pisk zmieszany z głośnym bulgotem.
Ogarnięty agonią Otyugh nie dbał już o to jak jego jedzenie będzie wyglądać w chwili poprzedzającej pożarcie. Rozwścieczony do granic możliwości rzucił się w kierunku niemiłosiernie okładających go najemników wyciągając swe długie macki w stronę fechmistrza.
Pierwsza z nich podcięła Verina, zaś druga owinęła się niczym pyton wokół jego nogi gwałtownie ciągnąc go w stronę rozdziawionej paszczy najeżonej dziesiątkami ostrych jak brzytwa zębów. Szermierz szamotał się w próbie uwolnienia, ale macki okazały się zdecydowanie zbyt silne. Przerażony obserwował jak ohydna gęba potwora zbliża się coraz szybciej i z każdym pokonanym metrem coraz bardziej się rozwiera gotowa pożreć go w całości jednym kłapnięciem potężnych szczęk.
Z pomocą przyszedł raz jeszcze Randal, którego magiczne pociski niczym rozżarzane kamienie wpadły do paszczy potwora gotując go od środka. Bestia wybuchnęła oszałamiającym kwikiem przypominającym szlachtowaną świnie, a macki przytrzymujące Verina wypuściły go z uścisku, by zaraz wznieść się w powietrze i opaść w miejsce gdzie leżał fechmistrz.
Ramiona bestii opadły z głośnym hukiem, ale Verina już tam nie było. Najemnik dosłownie rozpłynął się w powietrzu nie zostawiając śladu po sobie. Była to jedna z wielu sztuczek fechmistrza, którą Randal widział nie raz przez wiele lat współpracy z półelfem.
Szermierz niczym duch pojawił się tuż przed magiem, który teraz celował załadowaną kuszą w zwalistego przeciwnika. Verin poszedł w jego ślady i po chwili w jednakowym momencie zadźwięczały cięciwy. Była to piękna melodia dla uszu wojownika, a jeszcze wspanialsza była wtórująca jej kakofonia agonii ich przeciwnika.
Bełt Randala trafił w cielsko potwora, ale odbił się od jego grubej skóry, na widok czego mag głośno zacmokał ustami z wyraźnie słyszalną irytacją w głosie. Z kolei pocisk wystrzelony z kuszy fechmistrza okazał się znacznie skuteczniejszy - bełt wbił się aż po samą lotkę w czuły punkt pod paszczą potwora. Otyugh ryknął w przedśmiertnej agonii machając szaleńczo mackami we wszystkich kierunkach. Na ten widok dwaj doświadczeni wojownicy rozluźnili chwyt na broni, za co jeden z nich niemalże przypłacił życiem.
Verin dumny ze swych strzeleckich umiejętności delektował oczy powolną śmiercią potwora, kiedy jedna z jego długich na pięć metrów macek podcięła mu nogi i obwiązała się w żelaznym uścisku wokół klatki piersiowej. Pchnięty z całej siły sunął po ziemi w stronę rozdziawionej paszczy Otyugha, który najwyraźniej chciał zabrać go ze sobą w zaświaty. Fechmistrz słyszał magiczną inkantacje jego towarzysza, ale wiedział doskonale, że nim zaklęcie zadziała on sam znajdzie się w cuchnącej rynsztokiem paszczy potwora. Wypuścił kuszę z dłoni, sięgnął po swoją wierną katanę i czekał aż znajdzie się dostatecznie blisko, by zadać kończący cios. Nie trwało to długo.
Podrzucony przez macki wysoko w powietrze leciał w stronę rozwartych szczęk potwora. W ostatniej chwili z całym nadanym przez grawitacje impetem wystawił klingę w dół, która zatopiła się aż po samą rękojeść w podniebieniu bestii nim ta zdążyła zamknąć paszczę. Ostrze było jednak zdecydowanie dłuższe od wcześniej wystrzelonego bełtu i z łatwością dosięgło kory mózgowej potwora uśmiercając go na miejscu. Otyugh upadł z głuchym pomrukiem przygniatając fechmistrza swym wielkim cielskiem.

***

Skrytobójca biegł tunelem zostawiając po sobie ślady krwi. Doskonale wiedział, że jeśli najemnicy pokonają potwora to bez większego trudu wytropią go w tym labiryncie podziemnych korytarzy. Musiał szybko położyć temu kres.
W tym celu sięgnął zdrową ręką za pazuchę po przedmiot przypominający magiczną różdżkę. Był to krótki i doskonale prosty patyk z osadzoną na samym końcu kulką w kolorze seledynowym. Asasyn przyłożył okrągłą końcówką do ściany tunelu, po czym zdecydowanym ruchem ręki pociągnął w dół. Z seledynowej kulki buchnął jaskrawoniebieski ogień alchemiczny rozświetlając otaczające cienie. Mężczyzna przykucnął, zacisnął zęby, ostrożnie odwiązał bandaż, a następnie przyłożył rozgrzaną flarę do ociekającej krwią rany. Ból był niewyobrażalny, ale z ust wydarł się ledwie cichy jęk, a oczy zaszły mu łzami. Z wielkim trudem powstrzymał się od krzyku, który mógłby zdradzić jego pozycje.
Skrytobójca wiedział, że samookaleczenie było konieczne. Nie tylko przez cały czas niepotrzebnie ułatwiał prześladowcom pościg, ale przede wszystkim stracił zbyt wiele krwi i z każdą upływającą minutą robił się coraz słabszy.
Zgasiwszy ogień ruszył dalej przed siebie tunelem, na końcu którego wpadało przez wielki zakratowany właz blade światło księżyca. Asasyn uśmiechnął się pod nosem wiedząc, że zaraz znajdzie się na swoim terytorium, a w Rzecznym Kwartale to właśnie on rozdawał karty.


Karczma ,,Bezimienny Dom”, Neverwinter
5 Tarsakh, 1479 DR
Zmierzch

Główna sala karczmy ,,Bezimienny Dom” w ciągu ledwie kilku minut zmieniła się w jedno wielkie pobojowisko. Potrzaskane na tysiące drzazg meble, wybite okna i kałuże krwi zdobiące podłogę sprawiały wrażenie, że posprzątanie tego wszystkiego będzie wyczynem godnym zaprowadzenia porządku w stajni Augiasza. Na sam ten widok schodzące po schodach dziewczyny wstrzymały oddech.
- Widzisz to wyjście? - odezwała się Etsy po dłuższej chwili ciszy szturchając dzieciaka za ramie. - To jest Twoja brama do piekła. Jak ją przekroczysz bez pozwolenia to zginiesz na miejscu - powiedziała ponuro tak jak już miała okazję zrobić to parę razy.
- Teraz weźmiesz tą uroczą miotłę i zmieciesz ten cały burdel pod drzwi karczmy, by było nam łatwiej później to wyrzucić - mówiąc to podała dziewczynce stary powyginany kij zakończony słomianą strzechą. Nel odebrała go posłusznie, ale nie omieszkała obdarzyć służkę wściekłym spojrzeniem.
- A gdy to skończysz, to weźmiesz jeszcze mokrą szmatkę, a następnie zetrzesz tą krew ze ścian i podłogi - dodała Etsy z przebiegłym uśmiechem na twarzy.
- Ale przecież to potrwa wieki! - zaprotestowała dziewczynka patrząc z obrzydzeniem na posokę między jej gołymi stopami.
- A więc im szybciej zaczniesz tym szybciej skończysz. A teraz do roboty. Nikt nie będzie za Ciebie robić, smarkaczu! - stojąca z rękoma skrzyżowanymi na piersi Etsy sama się zdziwiła słysząc ton swojej wypowiedzi. Zwykle to nią pomiatano, ale teraz to ona miała okazję wyżyć się na tym przemądrzałym dzieciaku. Było to poniekąd niepokojąco przyjemne uczucie.
Nel nic nie odpowiedziała. Z cichym westchnieniem zabrała się za sprzątanie - nie tak wyobrażała sobie życie w Czarnymstawie.


- Widzę, że się dobrze bawisz, Etsy - skomentował Greg, który cały czas stał za szynkwasem w drzwiach prowadzących do kuchni i obserwował w milczeniu całą tą scenę. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, gdy z podciągniętymi rękawami opierał się o framugę.
- Wyśmienicie... - wymamrotała pod nosem patrząc na totalną apokalipsę nie mając pojęcia jak w ogóle samej się za to zabrać - Możesz powiedzieć, co tu się właściwie stało?
- Miałem na myśli sposób w jakim traktujesz nasz nowy nabytek - wskazał głową sprzątającą w ciszy dziewczynkę. Wiedział doskonale, że półelfka specjalnie zmieniła temat, by uniknąć kolejnej sprzeczki z nim.
- Jeśli tak bardzo sprawia Ci przyjemność znęcanie się nad innymi, to teraz sama będziesz to sprzątać - mówiąc to gwizdnął w stronę Nel, która szybko odwróciła głowę. - Staniesz za garami. Zaraz do Ciebie przyjdę i nauczę gotować zupę jarzynową. Dalej, uciekaj mały...
Nel słysząc to obdarzyła Etsy drwiącym uśmiechem i niemalże w podskokach ruszyła w stronę kuchni zatrzymując się na chwilę przy drzwiach by figlarnie pokazać dziewczynie język, po czym szybko zniknęła jej z oczu.
Półelfka na początku się zapowietrzyła i jakby zająknęła. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Pieprzony bachor, przeszło jej przez myśl, gdy z rosnącą nienawiścią oglądała oddalającego się dzieciaka. To on miał przecież sprzątać ten cały syf. Westchnęła ciężko przełykając gorycz. Co innego mogła zrobić?
- Wytruje wszystkich i tyle będziesz miał ze swojej zupy. Ale pewnie... - dopowiedziała z przekąsem - ...w pół roku to ją nauczysz, bo dopiero wtedy ten burdel będzie posprzątany. Zamiast się śmiać to pomyśl kiedy zaczniesz zarabiać i weź dziewczyny, by łapały za łopaty - odpowiedziała pod nosem zła na całą sytuację.
Greg stale opierał się o framugę obserwując niewolnicę z szerokim uśmiechem twarzy. Cierpliwie czekał, aż Etsy skończy się żalić.
- A więc im szybciej zaczniesz tym szybciej skończysz… - z tymi słowami opuścił salę i wszedł do kuchni zamykając za sobą drzwi.

***


Etsy była wściekła i nie wiedziała na kogo bardziej. Greg jak zwykle robił wszystko by jej dopiec, a ten nowy smarkacz nie dość, że pyskował ciągle to przy okazji zrujnował połowę lokalu. Od kilku dłużących się w nieskończoność godzin pracowała w pocie czoła zamiatając całą karczmę, a efektów wciąż nie było widać.
Po pewnym czasie do środka wszedł barczysty krasnolud, którego miała tą wątpliwą przyjemność poznać wcześniej. Jego okrągła tarcza zawieszona na plecach była mocno powyginana i zdobiły ją liczne plamy zaschniętej krwi.
- Dobry wieczór! - powiedział wchodząc do środka przy akompaniamencie tłuczonego szkła. Thubedorf był kompletnie pijany, co widać było po jego chwiejnym kroku, ale jakimś cudem potrafił się normalnie wysłowić.
Rozsuwając zgromadzoną przy drzwiach górę połamanych mebli ruszył w kierunku szynkwasu, gdzie znajdował się jeden jedyny nietknięty zydel.
- Dajcie no do pełna Krasnoludzki Porter - rzucił w stronę sprzątającej Etsy, gdy niepewnie posadził swe szanowne cztery litery na wolnym miejscu. - Czymś kurwa trza zaleczyć kaca.
Serce aż zakuło młodą dziewczynę, a gardło zacisnęło się na widok krasnoluda torującego sobie przejście przez skrzętnie ułożoną kupkę połamanych mebli, którą zepchnęła tam w celu późniejszego wyrzucenia. Gorycz zagotowała się w środku i w końcu się ulało. Grega nie było w pobliżu, więc na pijanym mogła się wyżyć.
- Portera nie ma. Strażnicy dosłownie chwilę temu zabrali cały zapas. Jak się sprężysz to jeszcze ich dogonisz - przecisnęła w khazadzkim wystarczająco głośno, by mimo wlanych w siebie hektolitrów alkoholu krasnolud mógł ją zrozumieć. - Widocznie po pijaku nie walczycie na tyle dobrze, by ich wszystkich stłuc.
Thubedorf zakołysał się niebezpiecznie na krześle. Etsy przez moment myślała, że krasnolud zaraz wstanie i rzuci się za wyimaginowanym wrogiem, ale ten tylko położył swój twardy łeb na ladzie bełkocząc - To dajże cokolwiek…
Dziewczyna zacisnęła mocno zęby w zaciętej wściekłości. Zamachnęła się mściwie posyłając miotłę w jakiś odległy kąt. Chwyciła za drewniane wiadro, które było wypełnione brudną wodą wraz z znajdującą się w środku uświnioną krwią mokrą szmatą. Trzymając kurczliwie żelazny uchwyt ruszyła w kierunku Thubedorfa stąpając twardo po podłodze. Wściekła rąbnęła z hukiem wiadrem koło łysej głowy krasnoluda rozlewając wodę dookoła. Ścierę również z mściwością chlapnęła obok.
- Proponuję Krasnoludzko-Orczy sikacz - przeciskała wściekle. - Właśnie niedawno dostarczyli! Ciężko po takim cokolwiek pozbierać! Polecam, kurwa jego mać! - dyszała przez chwilę, po czym patrząc na pijackie milczenie kontynuowała - Jesteś z siebie zadowolony? Zrujnowaliście całą główną salę! A wszystko sama muszę sprzątać!
- Nie lubię orków i wszystkiego co z nimi związane - stwierdził z obrzydzeniem Thubedorf odsuwając wiadro nieczystości od siebie.
- A ja pijaków i wszystkiego co z nimi związane! - odkrzyczała prawie obrażona na wszystko i wszystkich. - Co powiesz na to, żeby Twoją *brodą* wymyć całą salę?!
Krasnolud głośno zarechotał. - Masz charakterek dziewczynko. To dobrze, przyda Ci się w Neverwinter - powiedział szczerząc do niej w uśmiechu wybite zęby. - Złapali tego Twojego księciunia, mintaryjskie kurwiszony.
Służka zmarszczyła mocno brwi nie wiedząc z początku o co chodziło krasnoludowi. Przecież Książe spał gdzieś na dachu oczekując na otwarcie dla niego okna. Robiło się już późno. Zdecydowanie nie był to czas na pracę, a na sen. Można było mieć tylko nadzieję, że nie będzie z tego powodu obrażony paradował z zaciągniętym pyszczkiem i wyprostowanym ogonem.
- Co? - odwarknęła nieco tępo i bez zastanowienia nie pojmując niczego.
- Tego tam młokosa co karczmy broni. Wysoki taki, człeczyna...
- Jason…? - odpowiedziała krzywiąc się wciąż.
- Ano - odparł krasnolud bawiąc się koniuszkiem swojej długiej brody. Cały czas obserwował uważnie dziewczynę, która zaintrygowana jego odpowiedzią usiadła na szynkwasie spoglądając w dół na niego.
- I niby skąd to wiesz?
- Chcesz się dowiedzieć? - Thubedorf uśmiechnął się przebiegle. - To… - zrobił pauzę by pochylić się i klepnąć dziewczynę w tyłek -...ino leć po ten Krasnoludzki Porter, a zaraz wszystko Ci opowim.
 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019

Ostatnio edytowane przez Warlock : 01-06-2014 o 04:43.
Warlock jest offline  
Stary 20-05-2014, 03:23   #7
 
Proxy's Avatar
 
Dziewczyna złapała raptownie za szmatę i zdzieliła nią krasnoluda.
- Do dupy sobie poleć, pijaku jeden! - wrzasnęła kontynuując okładanie go w złości schodząc z szynkwasu - Twoja wina *chlast* wszystko twoja wina *chlast* gnoju ty!

Wyglądało to identycznie jak wiele innych scen w których baba, co wyszła z pomiędzy garów, okłada wałkiem po głowie faceta za jego bezgraniczną i nie kończącą się głupotę. Mimo przyłożonego wysiłku dla zwalistego mężczyzny jej opieprzanie było prawie tym samym, co latanie natrętnej muchy.

- Zaraz ci *chlast* kubeł na głowę wsadzę *chlast* tyle będziesz miał ze swojego Portera! *chlast* Gadaj, co się z nim stało! - wywrzeszczała przekraczając linię w której próby uspokojenia kobiety powodują efekt odwrotny.

Na dziś miała dość wszystkiego. Doprowadzana przez wszystkich do szewskiej pasji miała ochotę płakać z własnej bezsilności. Wszystkie starania poszły w piach, wszystko, co robiła pękało po paru chwilach. Za wszystko się jej oberwało choć sama nic złego nie zrobiła, tylko inni. To się nazywa mieć bardzo zły dzień...

- Toć mówię przecie, babo wredna, że opowim Ci wszystko jak dasz mi ten porter! - wycedził przez zęby krasnolud zasłaniając się dłonią przed natrętnym atakiem kobiety uzbrojonej w mokrą szmatkę. - Sobie też golnij przy okazji, psia jego mać - dodał obserwując malującą się wściekłość na twarzy dziewczyny.
Charakter to ona miała krasnoludki, pomyślał cierpko Thubedorf, gdy po raz kolejny jego łysy łeb został wytarty okrwawioną szmatą. Miał szczerą nadzieję, że kobieta wyciągnie spod lady zapas alkoholu i napije się z nim, bo w przeciwnym razie prędzej czy później dorwie go kac-morderca, a to było koszmarem każdego najemnika.
Nic bardziej nie przerażało krasnoluda niż wizja patrolowania spalonych słońcem ulic Neverwinter o suchym pysku. Wszystko dziwnie swędzi i denerwuje, łeb pęka, czuje się smród własnego ciała, a do tego pustynia Anauroch w gębie i wcale nie pomaga żłopanie hektolitrów wody. Wtedy każdy roztropny mieszkaniec miasta schodzi z drogi na widok wyraźnie pozbawionego humoru krasnoluda.
Samo to wspomnienie przyprawiło Thubedorfa o odruch wymiotny. Stracił już cierpliwość.
- Dasz mi ten porter, czy sam mam sobie go wziąć?! - ryknął na dziewczynę tak głośno, że ta mimowolnie cofnęła się w wolną przestrzeń za nią. Powstrzymała swoją dłoń w połowie zamachu.
Na łysej głowie krasnoluda pojawiło się kilka wielkich pulsujących żył. Thubedorf był wyraźnie rozgniewany.

Dyszała zaciekle, jednak siłowa reakcja ze strony krasnoluda nie była tym, co powinna jeszcze na siebie ściągać. Po dłuższej chwili, nie tyle namysłu, co oceny możliwości pijaczyny, zacisnęła raz jeszcze palce na szmacie i cisnęła ją, by wylądowała na jego łysinie.

- Obyś się nim udławił! - przecisnęła wypełniając płuca głębokim wdechem.

Obróciła się na pięcie i zniknęła z trzaskiem za drewnianymi drzwiczkami znajdującymi się za szynkwasem. Chwyciła pierwszy lepszy kufel i stanęła przy odpowiedniej beczułce. Odkręcając zaworek była zmuszona poczekać parę chwil, które w bezruchu zniosła dość ciężko. Miała wielką ochotę zdemolować to pomieszczenie tak samo jak główną salę, do której przyczynił się brodacz. Niesamowicie długie sekundy wystarczyły, by nawet na to zmieniła zdanie. Nie pamiętała kiedy ostatnio była tak wkurwiona. Z jednej strony powoli czuła, że nie powinna tak robić. Z drugiej, nie była w stanie się powstrzymać a wszystko działo się ot tak - samo. Pełny kufel skusił ją, ale już w połowie łyku prawie się nie zakrztusiła. “Jak coś takiego można pić?!” mogłoby przelecieć przez jej głowę gdyby tylko nie była tak wściekła. Chwyciła więc kubek i nalała do niego czegoś, co odpowiadało jej osobie. Stojąc w miejscu wypiła duszkiem prawie całość, dolewając sobie po tym do pełna.

- Niech tylko wyjdzie, że wszystko nazmyślałeś to ogolę ci tą zawszoną brodę i wytrę nią wszystkie brudy, coś tu sprowadził! - odgrażała się stawiając pełny kufel z trzaskiem przed twarzą krasnoluda nie dbając, czy coś rozleje.

- Kobieto… - krasnolud spojrzał z wyrzutem na Etsy - ...nie tak się podaje mężczyźnie jego piwo.
Thubedorf chciał coś jeszcze dodać od siebie, ale widząc ponurą minę dziewczyny szybko zmienił temat - Widzę, że sobie też nalałaś. Dobrze, a teraz usiądź grzecznie i posłuchaj.
Krasnolud uśmiechnął się sam do siebie widząc, że dziewczyna niechętnie, ale jednak siada i przysuwa się do szynkwasu naprzeciw jego. Chwycił za swój porter jednym łykiem upił dość sensowną ilość z naczynia, po czym odstawił kufel na ladzie przyglądając się z zainteresowaniem pieniącemu się piwo.
- A więc… - wyszczerzył wybite zęby w uśmiechu - …pogoniliśmy sukinsynów, aż do ich garnizonu w pobliżu zamku Never. Z tego Jasona to niezłe ziółko, bo jak straż czmychnęła za mury to facet jako pierwszy wpadł na dziecieniec. Chociaż może to dlatego, że był pchany przez tłum wściekłych marynarzy - krasnolud wybuchnął śmiechem na samo wspomienie.
- No wisz… gdy tak biegliśmy za Mintaryjczykami przez port to po drodze zebraliśmy z dwa tuziny kolejnych wściekłych żeglarzy. Ja i Grimbak żeśmy biegli na samym czele, ale po jakimś czasie wyprzedził nas Jason. Facet to ma kurna kondychę…

- Do rzeczy! - wysyczała Etsy przez zęby.

Thubedorf zamyślił się przez chwilę próbując sobie przypomnieć wydarzenia sprzed ostatnich kilku godzin. - Ano, zaczęli do nas pruć z kusz. Zginęło kilku chłopa, ale wraz z Grimbakiem i tym młodym wdarliśmy się do ich twierdzy. Był to dobry pomysł, bo szybko podniósł się alarm i wystrzelali w pizdu tych na dziedzińcu. Chwalebna śmierć, niech im ziemia lekką bydzie…
Krasnolud chwycił za kufel piwa i upił kolejny solidny łyk. Spojrzał na Etsy lekko nieobecnym spojrzeniem, zachwiał się, a następnie wydał z siebie potężne, przepastne beknięcie prosto w twarz kobiety. - Na zdrowie… - powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy.

- I *co* dalej? - warknęła dziewczyna wpatrując się twardo w krasnoluda. Nie miała nawet zamiarów zabrać się za swój kubek. Brodacz skończył w takim momencie, że nie chciała zaprzątać sobie głowy czymkolwiek innym jak dopnięciem opowiastki do końca.

- No co dalej…? - zamyślił się krasnolud - Ruszyliśmy dalej korytarzem szukając sposobu na wydostanie się bez dostania bełtem w tyłek. Grimbak coś wspominał o zsypie na śmieci, który prowadzi w stronę urwiska. Tam też się udaliśmy rozglądając się po drodze za jakimiś schodami prowadzącymi w dół.
- Pamiętam, że po pokonaniu kilku zastępów strażników dotarliśmy do piwniczki, a stąd było już blisko do wyjścia. W pewnym momencie zastąpił nam drogę kapitan, którego wcześniej w karczmie żeśmy poznali. Pewny siebie, bo za jego plecami stał cały regiment żołdaków i czarodziei rzucił coś na temat mojego dziedzictwa, to go pacnąłem w twarz. W tym samym momencie poszły zaklęcia w ruch. Grimbak oberwał jednym oszałamiaczem między oczy. Zwalił się na ziemię jak ścięty, a drugi w kolejności był Jason.

- A Ty do stu diabłów jak niby wylazłeś, co?!

- Ha! My krasnoludy twardy łeb mamy. Jak nas bimber z nóg nie zwali, to i zaklęcia nędznych czaromiotów nie wskórają wiele - zaśmiał się gromko Thubedorf.
- Nie pamiętam dokładnie jak się wtedy wydostałem, bo byłem narąbany jak świnia. Musiałem sobie utorować toporem drogę do zsypu, bo następne co pamiętam to świst powietrza i wyrżnięcie mordą w wysypisko.

Służka wpatrywała się chwilę w rozmówcę z kamienną twarzą. Ścisnęła smukłe palce na swoim kubku i uniosła do ust. Kufla wielkości krasnoluda nie zdołałaby wypić na raz, jednak z kubkiem sobie poradziła dość sprawnie - o dziwo.

- Jak zaraz spiorę ci dupe to sobie wszystko przypomnisz brodaczu - wycisnęła przez zęby podnosząc głos i wstając opierając ramiona o szynkwas - Nawet nie zdołasz się przygotować - warknęła raz jeszcze nie robiąc sobie nic z faktu swojej własnej fizycznej słabości oraz tego, że straci przytomność już po pierwszym uderzeniu w głowę.

Thubedorf zaśmiał się głośno. - Nie sądzę byś dała radę podchmielonemu krasnoludowi z kompanii Złamanej Czaszki - na podkreślenie słów sięgnął za kufel pełen pieniącego się piwa, wychylił naczynie i wlał prosto do przełyku całą zawartość. Przepastne beknięcie przerwało ciszę w karczmie.
- Twoja kolej, dziewucho - na jego twarzy raz jeszcze zagościł uśmiech.

- Ork o mały włos ciebie nie przepił. Czemu niby ja mam nie dać rady? - wymamrotała ponuro i z zaciętością odsuwając się trochę. Po chwili spod lady wyciągnęła jakąś butelkę przechylając ją sobie do kubka. Nalała trochę i chwyciła w dłoń - Rusz łepetynę jeśli nie chcesz zostać gołowąsem! - zagroziła.

- Na pewno będzie Ci łatwiej biorąc pod uwagę, że wlałem już wcześniej w siebie trochę piw.
Krasnolud spojrzał na drzwi od kuchni zastawiając się nad czymś przez chwilę.
- Wiesz… teraz mi się coś przypomniało. Wtedy, gdy błądziłem wewnątrz twierdzy wraz z Grimbakiem i Jasonem trafiliśmy do długiego wilgotnego korytarza, który rozciągał się głęboko pod twierdzą. Po jego bokach były cele wypełnione po brzegi śpiącymi więźniami, ale w jednej z nich był pewien chłopiec, który przykuł moją uwagę. Dzieciak nie spał. Opierał się o kraty celi w ciszy obserwując nas. Miał na swojej kurcie haftę z takim wyrysowanym kredą symbolem - głos Thubedorfa przycichł o pół tonu niżej, a zaciekawiona Etsy pochyliła się w jego stronę nie zdając sobie sprawy jak to dziwnie musiało wyglądać dla postronnego obserwatora.
- Wtedy wyglądał on znajomo, ale nie potrafiłem zrozumieć dlaczego. Pobiegłem dalej tunelem zostawiając go w lochu, ale teraz przypomniało mi się, że identycznie głupkowaty symbol miał ten dzieciak co tu wbiegł na chwilę przed Strażą Mintaryjską.

- CooooOOO?! - wydarła się prawie robiąc wielkie oczy w szoku i zdziwienia - Ostrzegałam, że rozwalę ci łeb, jak będziesz łżeć! - wściekła się ponownie a z rozjuszenia chwyciła za wiadro.

Krasnolud siedział spokojnie obserwując reakcję dziewczyny. Nie poruszył się, tylko odpowiedział Etsy poważnym tonem - [i]Zamierzam odbić ich jeszcze tej nocy. Żal mi Grimbaka, który będzie musiał teraz trzeźwieć w celi. Thubedorf nigdy nie porzuca swoich kompanów! Zapamiętaj to sobie dziewczyno.
Krasnolud powoli wstał nie spuszczając Etsy z oczu, oparł zaciśnięte pięści na szynkwasie, po czym rzucił w stronę Etsy - Ten smarkacz nadal u was siedzi?

Dziewczyna zawahała się z wiadrem uniesionym w połowie wysokości. Wściekły wzrok chował pracujący umysł. Po paru dłuższych chwilach wiadro opadło z trzaskiem a jej mina wymalowała wnikliwe spojrzenie.

- Zwiał jeszcze przed tym jak rozje*ałeś główną salę - odpowiedziała z niezadowoleniem - Ale jest tu jakaś smarkula z sąsiedztwa, może będzie coś wiedzieć. Nie ma w okolicy dużo dzieciarni - odpowiedziała dziwnie wymownie wpatrując się konspiracyjnie unikając jasnej i oczywistej odpowiedzi.

Krasnolud spojrzał w dół zawiedziony, ale po krótkiej chwili uśmiechnął się przenikliwie pojmując aluzję. - To weź ino zawołaj tą smarkulę… moja zapaskudzona krwią tarcza potrzebuje odrobiny czułości.
 

Ostatnio edytowane przez Proxy : 20-05-2014 o 09:11.
Proxy jest offline  
Stary 20-05-2014, 19:38   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Łup i trup.
Celny cios Verina położył trupem żarłoczne bydlę. To jednak nie chciało się rozstać ze swoją niedoszłą zdobyczą i przytulił się do szermierza całym ciałem.
Ale trup to trup i Otyughem nie trzeba było się już przejmować. Przynajmniej jeśli chodzi o walkę z mieszkańcem kanałów.
- Żyjesz? - Randal zwrócił się do Verina, równocześnie chwytając za włócznię. Bynajmniej nie po to, by dobić kompana...
Twardym kawałem drewna podważył cielsko potwora, umożliwiając kompanowi wydostanie się z tej nieprzyjemnej pułapki.
Na szczęście zamieszkujący kanały stwór nic Verinowi nie połamał.

- Uciekł, sukinsyn - syknął Randal, widząc, że parę metrów poniżej nie ma ciała ich ludzkiego przeciwnika. Oczami wyobraźni ujrzał odpływającą w siną dal nagrodę za głowę złoczyńcy.
Zeskoczył na dół, z trzaskiem lądując na połamanych kościach, po czym ruszył w stronę wylotu kanału - tam, gdzie prowadziły krwawe ślady.
Można było kontynuować pościg, bowiem ślad był aż za dobrze widoczny. Asasyn krwawił niczym zarzynana świnia.

Szczęście, niestety, nie trwało długo. Ślady, po których jak po sznurku szli najemnicy, zniknęły. Czy miała z tym coś wspólnego leżąca na poboczu raca? Trudno było ocenić.
- Zatamował - mruknął Randal, zgoła niepotrzebnie ogłaszając oczywistą oczywistość. Gdyby tamten znał sztukę teleportacji, nie bawiłby się w gonito po podziemnych korytarzach.

Brak śladów nie przeszkadzał w prowadzeniu pościgu. Przynajmniej do chwili, gdy korytarz się nie rozdzielił. A co gorsza, na ziemi nie było żadnych śladów. Nawet światło niesionej przez Verina pochodni nic nie pomogło.
- Ja pójdę w lewo, ty w prawo - zaproponował Verin.

Wybrany przez Randala korytarz wiódł prosto, i prosto, i prosto... aż zakończył się nie do końca domkniętą żelazną klapą.
- Uciekł, niech to szlag.
Bieganie po Rzecznym Kwartale, bo tam doprowadził kanał, i szukanie zabójcy bez ręki mijało się z celem. Zdecydowanie łatwiej byłoby tu stracić głowę, niż znaleźć szukanego osobnika.
Jedynym sukcesem, którym można się było pochwalić, było odkrycie drogi, którą poszukiwany zabójca dostawał się na teren Czarnegostawu. A może nie tylko on?
Rozwiązanie tego problemu to jednak na razie było pieśnią przyszłości.

Przekopywanie stosu kości i innych odpadków nie należało do najprzyjemniejszych czynności.
I trwało, trwało, trwało...
- Nie wyjdziemy stąd! - zdecydował Verin, na równi z Randalem przykładając się do poszukiwań.
Aż w końcu los oddał w dłonie Randala dłoń asasyna. I, ku zdziwieniu obu najemników, nic więcej. Żadnego oręża, żadnej biżuterii, żadnej sakiewki. Ba, nawet marnej złotej monety.
- Świat schodzi na psy - mruknął Randal, po czym odsunął się od Verina, jako że ten ostatni rozpruł brzuch potwora, by sprawdzić, co tamten jadł ostatnio na śniadanie lub obiad.


W drodze powrotnej nie natknęli się ani na kolejnego potwora, ani na kolejnego zabójcę i po kilkunastu minutach wraz ze swymi trofeami obaj znaleźli się na jednym z niewielkich placów Czanegostawu.
Cóż... zdecydowanie nie wyglądali na herosów, a obchodzący ich szerokim łukiem przechodnie częstowali ich spojrzeniami pełnymi niesmaku, szyderstwa, odrazy. Na szczęście nikt rozsądnie nie pisnął ani słowa. I, o dziwo, w drodze do siedziby Kompanii Złamanej Czaszki nie napotkali żadnego patrolu, który zainteresowałby się ich wyglądem.


[center]Kliknij w miniaturkę
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 25-05-2014 o 13:07.
Kerm jest teraz online  
Stary 25-05-2014, 10:16   #9
 
Tiras Marekul's Avatar
 
Spadający z dachu strażnik rąbnął o bruk pryskając krwią dookoła. Siła uderzenie była na tyle duża, że część jego ciała, która bezpośrednio zetknęła się z ziemią, po prostu wyparowała zmieniając się w papkę. Niektóre kości uległy wielokrotnemu złamaniu przez co zwłoki ułożyły się w nieosiągalnej dla zdrowego człowieka pozycji. Stróżki krwi leniwie pełzły w szparach kamiennego chodnika wsiąkając w ziemię. Po kilkugodzinnym leżakowaniu truposzem zainteresowały się robaki przyciągnięte nieświeżym zapachem surowego mięsa i czerwonej posoki sączącej się z żył.

Wokół martwego ciała zebrała się grupka gapiów w towarzystwie dwóch strażników. Obaj z niezadowoleniem na twarzy stali rzucając zmęczone spojrzenia, raz na zwłoki, raz na szczyt budynku. Gawiedź natomiast szeptała między sobą bardziej interesując się niecodziennym znaleziskiem. Trzy kobiety z przerażeniem w oczach patrzyły na siebie powtarzając, że to na pewno ten morderca i tej nocy zginie jakaś niewiasta. Najwyraźniej nikt jeszcze nie odkrył zwłok martwej dziewczyny zamordowanej w jednym z kamienicznych mieszkań...

Verin wychylił głowę ze studzienki kanalizacyjnej rozglądając się czy mogą z Randalem wyjść na powierzchnię bez odpowiadania na zbędne pytania przed przedstawicielami staży Neverwinter. Ulica tętniła życiem, a ubrani w szykowne stroje ludzie szybko spostrzegli jak półelf wygrzebuje się z ciemności kanału, a potem pomaga wydostać się towarzyszowi. Obaj szybko zniknęli w zaułku by nie stać się obiektem rozmów na ten wieczór oraz ogólnej uciechy przy opróżnianych przez bogaczy kuflach w karczmie. Brud przykleił się do nich niczym do nowych właścicieli poddając zastanowieniu fakt, czy ich ubrania i rynsztunek są jeszcze w stanie wrócić do dawnego stanu. Paskudny zapach moczu, kału oraz innych nieczystości lądujących w kanałach wżarł się w nich rozchodząc drogą którą szli.

W ściekach nie znaleźli nic, co mogliby uznać za cenne. Odcięta przez Verina dłoń zabójcy spoczywała bezpiecznie w rekach Randala nabierając szarej barwy. Korytarz którym uciekł ścigany zabójca rozwidlał prowadząc do Rzecznego Kwartału. Zapach jaki tam panował przyprawiał o zawroty głowy i mdłości. Pusty od wielu godzin żołądek zaprotestował wyrzucając resztki nieprzetrawionego jeszcze jedzenia. Półelf puścił pawia na ziemię tym samym pozostawiając chociaż taki ślad swej obecności. W drodze powrotnej zdążył jeszcze odciąć jeden z fragmentów stwora by obaj mogli złożyć kompletny raport.

- A wy co?! Nie mieliście być na patrolu? I powiedźcie mi czemu na brodę Moradina cuchniecie rynsztokiem?! - Powiedział kapinan Złamanej Czaszki na widok dwójki swoich ludzi.
Randal rzucił na stół obciętą dłoń. Pobyt w kanałach i wędrówka przez miasto raczej nie poprawiła jej stanu.
- Kawałek poszukiwanego zabójcy - powiedział.
- I powód dla którego nie ma pozostałej części - wtrącił Verin wyciągając odciętą mackę najeżoną setkami małych oczu.
- Napuścił na nas Otyugha. Zanim zdążyliśmy go załatwić, tego potwora, to zabójca uciekł - dorzucił Randal. - A kanałów od dawna nikt nie czyścił - dodał. - Nie do nas trzeba mieć pretensje.
- Co?! Dorwaliście go? Gdzie on jest teraz? - krasnolud wyglądał na zaskoczonego tym wszystkim. Przyjrzał się uważnie leżącej na biurku ręce, po czym kontynuował przyciszonym tonem - To może mi nie wystarczyć, tym bardziej, że Dagult jasno się wypowiedział, że chce mieć jego łeb na swoim biurku. Niemniej jednak wierzę wam, że go widzieliście. Jak w ogóle do tego doszło?
- Bez dłoni na pewno ucichnie na jakiś czas. Wątpię by zechciał działać kiedy jego kikut nie przestał jeszcze krwawić - półeflt niemal przerwał wypowiedź krasnoluda.
- Krwawić to on przestał - skrzywił się Randal.
- Teoretycznie przestał. Ale też dołączył do grona kalekich, a to go wyklucza z zawodu. Nie sądzisz?
- Zabił kolejną dziewczynę - Randal nie zwracał uwagi na to, że Verin mu przerwał. - Zabił jednego z tych dupków udających strażników
- Goniliście go, jak mniemam? - zapytał Khergal wyraźnie zaintrygowany.
- Uciekł do kanałów, a my za nim - powiedział Randal. - Potraktowaliśmy go magią i żelazem - wskazał na dłoń. - Ale dobić nie zdążyliśmy.
- Dłoń odciąłem ja - jakby dumny z siebie powiedział półelf. - A Randal nieźle go przysmażył. Sądzę, że jeśli nadal żyje, to nie zostało mu dużo czasu. Gdyby nie ten stwór, - wskazał na mackę - to byśmy go mieli.
- W kanałach natknęliśmy się na tego Otyugha - potwierdził Randal. - No a potwór, niestety, zainteresował się nami. A sukinsyn zwiał.
- Ano, sporo tych bestii w kanałach. Zostały tam celowo umieszczone przez kanalarzy i teraz służą do utylizacji odpadów.
- Albo nieproszonych gości. Tresowane? - spytał Randal. - Pewnie nie ma za niego nagrody? - skrzywił się odrobinę.
Khergal wybuchnął śmiechem. Tak, to byli najemnicy z krwi i kości.
- Niestety - odparł z uśmiechem na twarzy. - Głowa do góry panowie, przysłużyliście się sprawie. Dobra robota - Krasnolud otworzył jedną z szuflad w biurku, wyciągnął mieszek pełen brzęczącego złota, ale zanim podał go najemnikom dokładnie przyjrzał się zawartości licząc monety.
- Taaa… tu powinno być trzysta sztuk złota - powiedział rzucając go na stół. - Dostaniecie więcej, ale dopiero po złapaniu koźlegosyna. Macie teraz wolne. Wracajcie do karczmy, wyśpijcie się, bo jutro najprawdopodobniej poślę po was gońca. Tylko najpierw powiedźcie mi dokąd mógł się udać nasz seryjny morderca? Skoro ruszyliście jego tropem to musicie mieć jakieś przypuszczenia.
- Wyszedł z kanałów w Rzecznym kwartale – odpowiedział Randal.
- W Rzecznym Kwartale?! Przecie tam nie ma ścieków! - niemalże wykrzyczał Khergal ciągnąć się za swoją długą srebrzystą brodę.
- Ale kanał tam się kończył - odparł Randal.
Khergal nie wyglądał na zadowolonego tą odpowiedzią, ale teraz wszystko powoli stawało się jasne. Wiedział już jak przemytnicy dostają się do miasta, a na tej informacji mógł już sporo zarobić.
- Cholipka, myślałem, że ludzie Dagulta zabezpieczyli wszystkie połączenia z Rzecznym Kwartałem. Coś mu tu cuchnie spiskiem… Pewnie psubraty opłaciły kanalarzy, by Ci przymykali oko na to przejście.
- Verin wyszedł na wysypisko śmieci, a ja na uliczkę. Mogę pokazać, gdzie - dorzucił mag. - Właz był niedomknięty, więc pewnie tam wyszedł.
Khergal zamyślił się głęboko spoglądając gdzieś daleko przed siebie.
- Zamknijcie drzwi - polecił najemnikom, co też posłusznie uczynili. - To bardzo komplikuje sprawy. W Rzecznym Kwartale jest Vansi, a ja mam polecenie by nie wpuszczać tam swoich ludzi. Dagult chce uniknąć przedwczesnego konfliktu z klanem Wiele-Strzał. Na razie zbieramy zapasy i chociaż jestem przekonany, że odeprzemy teraz każdy atak orków na dzielnicę Czarnystaw, to mimo wszystko lepiej się zawczasu przygotować - krasnolud spojrzał w bok na ścianę, gdzie znajdowała się całkiem aktualna mapa Neverwinter.
- Mam pomysł - powiedział po dłuższej chwili przyglądania się dzielnicy na mapie. - Wyślę was pod przykrywką do Rzecznego Kwartału, bo już się sprawdziliście w boju i wiecie jak wygląda wasz przeciwnik, a także jesteście świadom czego można się spodziewać po nim. Podwoję… nie, potroję wam stawkę godzinową! Tylko musicie trzymać gębę na kłódkę, bo jak Dagult dowie się, że zignorowałem rozkazy to będę w poważnych tarapatach.
- Znalezienie w Rzecznym Kwartale jednorękiego bandyty mimo wszystko nie będzie takie proste - stwierdził Randal. - Ale możemy spróbować.
- Możemy nie mieć tyle szczęścia co ostatnio. Natknęliśmy się na niego przypadkiem - odezwał się półelf po chwili namysłu popierając Randala. - Szczerze powiem, nie chce mi się tam iść w ciemno. Nie możemy skorzystać z usług miejscowego wieszcza? Mamy dłoń, możliwe że czary pokażą jej właściciela. Oczywiście wolałbym wydać to złoto w inny sposób - Verin spojrzał z błyskiem w oku na mieszek ze złotem. - Jednak wypicie paru kufli mniej zaoszczędzi nam może i tygodnia roboty.
- Spokojnie, opłacę z własnej kieszeni usługi wieszcza - odparł Khergal wrzucając z obrzydzeniem uciętą dłoń skrytobójcy do szuflady. - Jak już mówiłem, idźcie do karczmy ,,Bezimienny Dom”, a jutro gdy się wszystkiego dowiem to wyślę swojego człowieka po was. Teraz mam ważną sprawę na głowie - ruchem głowy wskazał pergamin leżący na środku biurka. - Możecie wyjść.
Verin szybko zgarnął sakiewkę, zważył ją w rękach. Lubił złoto, szczególnie kiedy wisiało mu przy pasku lub ciążyło na ręce. Szturchnął łokciem Randala. - Najpierw udamy się do łaźni. Co ty na to?
- Jasne - zgodził się mag.
- A i jeszcze jedno - rzucił Khergal za odchodzącymi najemnikami. - Pamiętajcie, że wszystko co tu usłyszeliście objęte jest tajemnicą. Nie było was dziś w kanałach i nie widzieliście żadnego skrytobójcy.
- O niczym nie rozmawialiśmy - powiedział Randal.
Khergal skinął głową z uśmiechem na twarzy.

Kąpiel i czyste ubrania były tym czego półelf obecnie potrzebował. Dziewczyny, które Radnal znał o wiele lepiej od półelfa, przed kąpielą zajęły się sterczącym z uda bełtem. Wyjęły pocisk, prostym zaklęciem zasklepiając ranę by nie sączyła się z niej krew. Gorąca woda rozluźniała, a zamówione czerwone wino sprawiało, że można było odpłynąć do świata przyjemności i nigdy nie wracać. Verin lubił kobiety, jednak nie idąc w ślady Randala zajął się swoją bronią i pancerzem. Dokładnie wyczyścił wszystko i był gotowy udać się do karczmy nim czarodziej skończył figlować.
 
__________________
Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn.
Tiras Marekul jest offline  
Stary 25-05-2014, 13:08   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Nie do końca klęska, pomyślał Randal, chowając do sakiewki swoją część nagrody.
Półtorej setki sztuk złota piechotą nie chodziło. Nawet jeśli trzeba było pokryć koszty doprowadzenia się do porządku.

Łaźnia "U Agathy" stała dla członków Kompanii Złamanej Czaszki otworem przez całą dobę. No, przynajmniej dla niektórych członków kompanii, do których zaliczał się i Randal.
- Na słodką Sune... - Lissa, jedna z pracujących w łaźni dziewczyn, załamała ręce na widok dwójki najemników, którzy stanęli w progu bocznego wejścia. - A wy gdzieżeście się włóczyli? Zmieniliście zawód?
- Lepiej nie pytaj - odparł Randal. - Niektórych miejsc nie należy odwiedzać.
- Zdecydowanie - odparła Lissa, udając, że zatyka nos.
- Ale jesteśmy wypłacalni - zapewnił ją Randal.
- Nawet gdyby nie, to i tak nie miałabym serca tak was zostawić - stwierdziła Lissa.
- Uściskałbym cię z wdzięczności - stwierdził mag.
- Może później - zaproponowała Lissa, profilaktycznie odsuwając się na bok. - Poza tym zawsze regulujecie swoje rachunki - dodała. - Tym razem podwójna opłata - uprzedziła. - Prosto i w lewo.

- Mogłabyś wysłać kogoś do "Bezimiennego Domu" po coś dla nas, do ubrania? - Randal zwrócił się do Lissy. - Płatne ekstra, oczywiście. Etsy będzie wiedzieć, gdzie są nasze pokoje.
- Klient płaci, klient żąda. - Lissa poczęstowała Randala popularnym powiedzeniem. - A to? - wskazała na nie pierwszej świeżości spodnie Randala. - Wyrzucić? - zasugerowała uprzejmie.
- Zgiń, przepadnij! - Randal udał przerażenie. - Gdybyś mogła...
- Nie, nie. - Lissa zamachała rękami. - Takich usług firma nie świadczy. Ale znam kogoś, kto nie boi się rzeczy prosto z rynsztoka. A i pucybuta załatwię, skoro was stać.
- Nie wiem, jak ci się odwdzięczę...
- Dopiszę ci do rachunku - zapewniła go z czarującym uśmiechem.

* * *

Dopiero po wymianie wody w wannie i trzecim wiadrze wody wylanym na głowę Randal poczuł się czysty.
- Masaż? - Nicole odstawiła puste wiadro, po czym pochyliła się nad Randalem, ukazując nader bogate wyposażenie. - Odprężysz się troszkę.
- A może wspólna kąpiel? - zasugerował Randal. Jakby nie było, nigdzie się nie spieszył. A Verin najwyżej trochę się ponudzi, jeśli nie potrafi zorganizować sobie rozrywki.
 
Kerm jest teraz online  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:27.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Content Relevant URLs by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168